polskihorror.pl
strona główna
NemezisEgo - Błazen przeznaczenia
Z cyklu OPOWIEŚCI PSYCHODELICZNE
Siedzę na balkonie. Układam helikopter z klocków lego. Jeszcze tylko jeden klocek. Stawiam helikopter na betonie.
Mam osiem lat.
Na balkonie siadają gołębie i zaczynają niemiłosiernie gruchać. Nagle wpada mój pies i głośnym szczekaniem przegania ptaki. Swymi łapami rozwala mój helikopter. Klocki spadają z dziesiątego piętra. Patrzę za nimi ze łzami w oczach.
Wpadam w histerię. Biję psa.
- Pieprzony kundel !!! – przeklinam swym ośmioletnim głosem. Czuję przenikliwe zimno. Bestia jest blisko.
Biję go nadal. Pies skowyczę i kuli się. Gdy wyładowuję agresję patrzę w jego ślepia. Nagle przychodzi skrucha. Zaczynam płakać. Przytulam psa.
- Biedny piesek, przepraszam, przecież nie wiedziałeś…
Pies liże mnie po twarzy. Uśmiecham się. Nagle czuję ból.
Ktoś targa mnie za ucho.
- Jak ty się wyrażasz ! – krzyczy babcia prawie wyrywając mi ucho. Ona pewnie też czuje przenikliwe zimno.- Do pokoju!
Wchodzę ciągnięty przez ucho.
- Na kolana! Mów pacierz!
Gdy nie reaguje babcia uderza mnie z otwartej dłoni. Odcisk na twarzy pali i pieczę. Przez łzy zaczynam mówić
- Aniele boży stróżu mój… ty zawsze przy mnie stój…
- Nie to! – babcia znów mnie uderza. Wciska do ręki różaniec.
Mówię jedną tajemniczkę. Gdy kończę patrzę na babcie błagalnymi oczyma i mówię:
- Na dole… spadły klocki…
- Dobrze skarbie – babcia mięknie i mnie przytula – przyniesiemy je zaraz. Przepraszam, że cię uderzyłam… widzisz co zrobiłeś? Przywołałeś Błazna, który kazał mi cię uderzyć – babcia ma łzy w oczach.
- Jak to? – pytam dziecinnie.
- Tak… przychodzi Wielki Błazen i zamienia człowieka w Mniejszego Błazna podległego jego rozkazom… a on wtedy się śmieje… śmieje się strasznie jak to błazen… to jest inny błazen, nie on cię rozśmiesza tylko ty rozśmieszasz jego. Śmieje się z najstraszniejszych rzeczy, które robisz… Śmieje się z tego, z czego my się smucimy. Jestem pewna, że przed chwilą śmiał się z tego, co zrobiłam. Przywołałeś go przeklinając.
Przytulam się do babci mocniej.
- Przyrzekam, że więcej nie będę – składam przysięgę.
Obudziłem się… Musiałem usnąć po powrocie z apteki.
Spojrzałem na zegarek. Cholera przecież byłem umówiony. Gdzie są te tabletki co kupiłem? Aha spoko, odłożyłem je do szuflady. Cholera leje się pot ze mnie… W koszmarze najmilsze jest przebudzenie i zimna woda pod prysznicem. Zmycie z siebie potu sprawia, że czujesz się, jakbyś obmywał wszystkie swoje lęki. Wtedy niestety nie miałem na to czasu.
Spocony ubrałem kurtkę i zapaliłem papierosa wychodząc z mieszkania.- Kurwa człowieku czekam na ciebie od godziny! – mój znajomy dealer był tłusty i przypominał amerykańskiego, nieżyjącego rapera Biggiego. Jedynie kolor skóry ich różnił. I to diametralnie.
- Sorry Blady, ale usnąłem. – przybiłem piątkę z Bladym. - Ta zima sprawia, że człowiekowi cały czas chcę się spać. – dalej się usprawiedliwiałem.
- Człowieku ja też mam plany na Sylwka. – Blady był wyraźnie wkurwiony. Prawie poczerwieniał. - Co ty kurwa niedźwiedź jesteś, że w sen zimowy zapadasz?
- Dla ciebie: Misiu ! Hehe! – uśmiechnąłem się.
- No już już zboczeńcu, mam coś dla ciebie – Blady zmiękł lekko i wyciągnął z kurtki dealerkę.
- O widzę, że masz to, co tygrysy lubią najbardziej. –trzymałem się zwierzęcych metafor zacierając ręce.
- Człowieku jakiś nowy kwasik… Podobno masakra…
- Jak to nowy? Miał być „rower”…
- Ale nie ma.
- To co jest? „He-man”?
- Nie człowieku jakiś nowy wypas z Holandii. – podał mi dilerkę. W niej leżały dwa jednocentymetrowe kwadratowe kolorowe papierki. Obejrzałem je uważnie. Przyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy pomyślałem o fazie, jaka mnie czeka.
Wtem Blady powiedział:
- To magiczne LSD nazywa się Klaun.
Przyjemny dreszcz zamienił się w upiorne mrowienie. Cofnąłem się. Blady zdawał się nie zauważać strachu, który był niewątpliwie wymalowany na mojej twarzy.
Pieprzył coś pod nosem o planach sylwestrowych, ale ja go nie słuchałem … Jedyna myśl, jaka krążyła w mojej głowie była żalem, że po obudzeniu nie obmyłem swych lęków. Koszmar powrócił. A może spałem dalej? Klaun… to błazen. Błazen, błazen… To znak. Nie zjemy go dzisiaj. Wypijemy i będzie fajnie.
- Ej co jest kurwa? Zbladłeś trochę… - powiedział Blady.
- Nie bluźnij. – powiedziałem dając mu odliczone sześćdziesiąt złotych.
- Kurcze skwasiłeś się na sam widok, czy co?
- Sorry stary jedzie mój autobus. Jadę na stację po dziewczynę… Strzała.
Podjechał autobus. Wsiadłem. Pomachałem Blademu, gdy drzwi się zamknęły.
- Fajnego Sylwka… - krzyknął, lecz ja go nie słyszałem. Myślałem tylko o jednym. O Wielkim Błaźnie.
Ściskałem w ręku dilerkę. Uścisk był mocny.
Bardzo mocny.
Leżymy nadzy w łóżku. Palę papierosa. Na mym ramieniu opiera głowę Viki. Jest nam przyjemnie. Milczymy. Patrzę na jej nagie ciało. Gładzę jej włosy.
- Śpisz? – pytam po chwili.
- Nie, nie śpię. Myślę.
- Nad czym?
- Jak ci się wydaję: moglibyśmy mieć dziecko?
- Kiedyś na pewno. Wiesz, że cię kocham. – mówię szczerze.
- Ale teraz, na przykład teraz… Moglibyśmy zamieszkać u ciebie…
- A studia? Musiałbym iść do pracy… rzucić wszystko w cholerę.
- Ja mam oszczędności. Mama wpłacała od kilku lat. – Viki odwraca głowę i patrzy mi w oczy. – później może być za późno.
Przez moment zdaje mi się, że coś poruszyło się w pokoju. Oddycham z ulgą, gdy zdaję sobie sprawę, że to cień przejeżdżającego samochodu.
- A co byś zrobił gdyby… - zaczyna Viki, lecz nie kończy. Nagle w pokoju robi się zimno. Dreszcz przebiega mi po plecach. Spodziewam się najgorszego.
- Gdyby co? – pytam.
– Co byś zrobił gdybym specjalnie zapomniała o pigułce?
Czuję jak krew pulsuje mi w żyłach. W oddali słyszę śmiech błazna.
- Zrobiłaś to? – pytam podniesionym głosem.
Viki milczy.
Odpycham jej głowę z mojego ramienia. Chwytam Viki za gardło. Śmiech Błazna zaczyna być wszechobecny. Mocniej zaciskam ręce na szyi.
- Zrobiłaś to?! – krzyczę.
- Nnnn… nnnie – Viki się dusi…
Puszczam ją.
Śmiech milknie. Adrenalina opada. Dziewczyna patrzy na mnie przerażona.
- Chciałam cię tylko sprawdzić jak zareagujesz… - mówi.
Przytulam się do niej.
- Przepraszam… - mówię przez łzy.
Łza spływa mi po policzku. Cholera, upuściłem dilerkę. Upadała wolno na podłogę pojazdu – przynajmniej tak mi się wydawało. Po chwili podniosłem ją i schowałem do kurtki. Kurczę, mój przystanek. Wstałem i ledwie zdążyłem wysiąść nim kierowca zamknął drzwi.
Na peronie unosiła się dziwna mgła. Pociąg zatrzymał się na stacji. O dziwo był pusty… Ani żywej duszy. Przecież jest sylwek – gdzie ci cholerni ludzie? – zastanawiałem się. – A przede wszystkim gdzie Viki…
Konduktor wysiadł z pociągu. Podszedłem do niego.
- Przepraszam, czy nie jechała tym pociągiem taka niska dziewczyna. Czarne, krótkie włosy?
- Jechała, jechała… - wydawało mi się, że konduktor mówi nie poruszając ustami. - O widzi pan wysiada.
Spojrzałem w miejsce, które wskazał mi palcem. Z ostatniego wagonu pociągu osobowego wysiadała Viki.
Gdy ujrzałem jej postać uśmiechnąłem się. Wszelki strach i niepokoje minęły. Brakowało mi jej. Wydawało mi się, że nie widziałem jej wieczność, a przecież jakoś ostatnio byliśmy razem w kinie… Jaki to film grali? Tak, wiem… nie to nie ten. Na tym byłem sam… Cholera, nie mogę sobie przypomnieć… Kurczę jaki dziwny jest ten dzień… A może oglądaliśmy go u mnie na DVD… Nie ważne… Dziś spędzę z nią sylwestra… O Boże jak ja ją kocham.
Podbiegłem do dziewczyny. Otworzyłem ramiona, mając nadzieje, że tak jak w filmach rzuci mi się na szyje. Ona jednak stała i patrzyła na mnie nieobecnym wzrokiem. Była jakaś dziwna… Zamglona…
- Co ci jest? – zmartwiłem się.
- Nie wiem… - zająknęła się… - chyba spałam… i ktoś mnie obudził…
- W pociągu…? – ton głosu w jakim to powiedziałem wahał się między twierdzącym a pytającym.
- Tak… w pociągu… To wszystko takie dziwne…
- Tak… dziwna ta zima. Człowiekowi cały czas spać się chce… Ale przecież rano jak do mnie dzwoniłaś wydawałaś się tryskać energią?
- Dzwoniłam do ciebie? Kiedy? Przecież zgubiłeś swój telefon komórkowy.
- Nie pamiętasz… Dzwoniłaś na stacjonarny. Byłaś w wannie… - uśmiechnąłem się.
- Nie pamiętam…
- Oj ty Misiaku. Masz dziury w mózgu.– uśmiechnięty pocałowałem ją, poczym objąłem.
Zaczęliśmy iść w kierunku wyjścia ze stacji. Rozejrzałem się. Wokół ani żywej duszy… Tylko przenikliwa mgła, która zasłaniała śnieg. Właśnie… śnieg. To dziwne, ale właśnie zdałem sobie sprawę z faktu, że wcale nie jest zimno. A przecież była zima. Cóż pewnie to miłość mnie rozgrzewa – uśmiechnąłem się lekko ironicznie.
Szliśmy w milczeniu. Dwie samotne dusze na stacji kolejowej.
- A co ci się śniło? – zapytałem.
- Kiedy? – nadal miałem wrażenie, że jest jakaś nieobecna…
- W pociągu, głuptasie…
- Aaa… w pociągu… nie pytaj… to było straszne…
- Ale ja chcę wiedzieć!
- Czemu?
- Bo to ciekawe… Ja na przykład też zasnąłem w autobusie… To dziwne, ale te sny… mam wrażenie, że to moja przeszłość, ale zupełnie tych wydarzeń, które mi się śniły nie pamiętam… Mimo, że są takie realistyczne…
- Ja mam dokładnie to samo. Później ci opowiem ten sen.
Spojrzałem na zegar wiszący nad wyjściem ze stacji.
- Jest ósma. Załatwiłem receptę od znajomego i kupiłem ci tabletki, o które prosiłaś rano. Powinnaś zażyć.
Nieobecna Viki, którą tak bardzo kochałem wzięła ode mnie pudełko.
- Dzięki. Faktycznie skończyły mi się – powiedziała. – ale ja naprawdę nie pamiętam żebym cię o to prosiła.
Autobus był prawie pusty. Kilka ludzi siedziało wpatrując się w szyby. Para staruszków, ksiądz. Byli pogrążeni w myślach zupełnie jak Viki. Autobus nieobecnych… Pojazd manekinów.
- Nie uważasz, że to dziwne… - powiedziałem do Viki - Sylwester, a autobus pusty.
- Może wszyscy już się bawią… - powiedziała wpatrzona w szybę. Wydawało się, że śni na jawie.
Spróbowałem ją obudzić.
- Mam kwasy! – krzyknąłem w jej ucho - Wiesz miałem ci powiedzieć, że jednak nie zarzucamy ich… Bo miałem schizę… Hehe… Wystraszyłem się. Czujesz? Wystraszyłem się LSD, hehe… Nieźle, co? Ale jemy prawda… Będzie fajnie!
Przytaknęła.
Pokazałem jej dilerkę. Obejrzała i uśmiechnęła się. Pocałowała mnie w usta. Był to długi i namiętny pocałunek… ale coś było nie tak… Czemu Viki okazuje entuzjazm na widok narkotyków? Czemu zachowuje się jak ćpunka? Przecież musiałem ją namawiać przez tydzień, żeby spróbowała trawki. A teraz rzuca się na kwasa. Coś jest nie tak. – myśli uciskały mi mózg, aż głowa mnie rozbolała.
Autobus zwolnił by zatrzymać się na przystanku.
Ksiądz siedzący nieopodal wstał i stanął przy drzwiach. Nacisnął przycisk i czekał aż drzwi się otworzą. Odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
- Niech Bóg ma cię w swojej opiece! – powiedział, zrobił znak krzyża – i przyszyj sobie guzik u spodni, synu.
Ksiądz wysiadł z autobusu.
Spojrzałem na spodnie i zauważyłem, że nie mam guzika, przez co rozpiął mi się rozporek. Cholera, guzik musiał mi się odpruć. Zapiąłem rozporek rozbawiony zaistniałą sytuacją.
Uśmiechnąłem się do Viki i wtedy sobie przypomniałem, jaki film widzieliśmy razem.
Był to „Egzorcysta”.
- Poproszę połóweczkę Żubrówki i litr soku jabłkowego…
- Ja chcę jakieś browarki – powiedziała Viki wtulając mi się w plecy.
- I jeszcze dwa Mocne… - powiedziałem do ekspedientki.
Jedyne miejsce otwarte o tej porze, gdzie można było się zaopatrzyć na imprezę to stacja benzynowa obok kościoła. Gdy wracaliśmy Viki powiedziała wskazując na budowlę obok stacji:
- Może wejdziemy do środka…
- Kochanie przecież kościół o tej porze jest zamknięty…
- No coś ty nie widzisz… są uchylone drzwi…
Faktycznie. Drzwi po prawej były uchylone. Nie zauważyłem tego wcześniej.
- Tam ktoś się modli… - powiedziała.
- Ja nic nie słyszę…
- No coś ty? Przecież tam ktoś prawie krzyczy…
Podeszliśmy bliżej. Nasłuchiwałem, ale z marnym skutkiem. Odpowiadała mi cisza. Jedyną dziwną rzeczą jaką odkryłem był fakt, że im bliżej byliśmy kościoła tym robiło mi się cieplej…
- Naprawdę nie słyszysz? – pytała Viki.
- Kochanie… jeszcze nie zjedliśmy kwasa – uśmiechnąłem się. – Nie schizuj.
- Wiesz Misiu… to dziwne, ale od rana się czuję jakbym zjadła z pięć…
- Ja też… - powiedziałem. - Chodźmy stąd.
- Idziemy od razu do Michała, czy może najpierw skoczymy do ciebie – mówiąc to uśmiechała zalotnie. nie mogłem odmówić.
Leżeliśmy nadzy w moim pokoju. Zupełnie jak we śnie ona miała głowę opartą na mym ramieniu, a ja paliłem papierosa. Jedyną różnicą był fakt, że oboje popijaliśmy drinki. Żubrówka z sokiem jabłkowym ochładzała nas i koiła przyjemne zmęczenie.
- Cieszę się, że znów jesteśmy razem – szepnęla.
- Co masz na myśli?
- Nie wiem, ale mam wrażenie, że strasznie długo się nie widzieliśmy.
- To fakt. Ja też mam takie wrażenie, ale chyba odrobiliśmy straty za całą wieczność, co kochanie? – zapytałem retorycznie z uśmiechem i podałem jej dilerkę z LSD.
Michał był kompletnie pijany. Jego ubzdryngolona morda przywitała nas z uśmiechem, gdy otworzył drzwi.
- Wbijajcie się moi kochani !
Muza grała na całego… Butelki walały się po przedpokoju.
Monika wyszła z dużego pokoju. Miała pogniecioną sukienkę. Spojrzała na nas i zagrała na trąbce…
- Kurwa, trąbka mojego taty, kompletnie nie nastrojona… - powiedział Michał. – Chodźcie, zapoznam was z ludziskami!
Parsknąłem śmiechem… nie mogąc go opanować. Chyba przez wyobrażenie reszty znajomych Michała siedzących w pokoju z nienastrojonymi trąbkami... (Jak się stroi trąbki – pytał jakiś głos w głowie). Śmiałem się i śmiałem… nie mogąc przestać… Podszedłem do Moniki…
- A gdzie dla nas trąbki?
HAHAHA.
Popatrzyła mętnym wzrokiem i poszła do kuchni (ledwie trzymając się na nogach). Zwróciłem się do Michała:
- No co? Dajesz wszystkim trąbki, to nam też…
Wyobraziłem sobie gospodarza imprezy, który wręcza każdemu, kto wchodzi po trąbce… HAHA… - To dla ciebie, trębaczu – mówi do każdego. HAHAHA. A o dwunastej każdy gra hejnał a wszystkie okna w mieszkaniu są otwarte. HAHAHA. Sylwestrowi trębacze. Potok myśli był nie do zniesienia.
- Co mu kurwa jest? – zapytał Michał.
Viki nie odpowiedziała, bo najwyraźniej rozbawiło ją to pytanie. Śmiała się jak szalona… Wziąłem ją za rękę i weszliśmy do pokoju. Ku mojemu rozczarowaniu nikt nie miał trąbek. Byłem zawiedziony, ale nadal nie mogłem opanować śmiechu. Podobnie jak Viki.
- A ja już wiem co jest cięte – powiedział Michał. – Zarzuciliście kwasa… Przyznajcie się?
Opanowałem śmiech i powiedziałem:
- Tak. Przed chwilą – kąciki ust nadal mi się śmiały.
Viki usiadła na krześle naprzeciwko kanapy.
Na kanapie siedziało dwóch chłopaków. Chyba byli braćmi, a może… hehe…
- Jesteście razem? – zapytałem.
Wybuchnąłem śmiechem… ale tym razem krótkotrwałym. Gdy przestałem nadal słyszałem chichot. Początkowo myślałem, że to Viki, lecz ona się nie śmiała. Czyj to był śmiech… Oj nie nawet o tym nie myśl – skarciłem ostro swój umysł i objąłem Viki.
- Od przyjemności są duchy. – powiedział jeden z prawej, ale nic z tego nie zrozumiałem
Patrzyli na nas. Badali wzrokiem. Pożerali. Krótko wystrzyżeni i zajebiście do siebie podobni. Odróżniał ich jedynie zarost. Ten co mówił, z prawej, był ogolony, drugi miał dokładnie wystrzyżoną brodę… Byli poważni. Jak na tych, którzy nam chcieli wkręcić klimat o duchach byli zbyt poważni.
- Nie a poważnie… jesteście braćmi? – zapytałem.
- No co ty kochanie przecież oni nie są do siebie podobni – powiedziała Viki.
- Wiesz co kochanie… schowaj lepiej flaszkę do lodówki – powiedziałem.
- A nie możesz iść ze mną… Idź idź…
- Chodź chodź idź idź… hehe śmieszne słowa… Proszę.
Podałem jej zaopatrzenie. Viki wstała, wzięła torebkę z flaszką i browarami. Poszła do kuchni. Wzrok „braci” nie odrywał się od niej… Patrzyli na nią… Kurwa patrzyli na jej tyłek. W pokoju zrobiło się chłodno… Brrr... Zimno jest oznaką braku luzu.
- Ej kurwa! – krzyknąłem. – Nie gapcie się na tyłek mojej kobiety!
- Człowieku uspokój się, przecież oni oglądają telewizor… - do pokoju wszedł Michał. Niósł szampana. Był jakby mniej pijany… Pewnie walnął sobie kreskę – pomyślałem…
Odwróciłem się. Ten kwas to była masakra. Jeszcze przed chwilą mógłbym przysiąc, że telewizor był wyłączony, a dwóch facetów siedzących na kanapie gapiło się na pupcie Viki a nie w szklany ekran.
Tymczasem oni jedli chrupki i oglądali w najlepsze telewizję. Coś było nie tak. Zdecydowanie nie tak.
Chłód przerodził się w przenikliwe zimno.
- Co tu tak zimno? Przecież balkon jest zamknięty. – zapytał Michał.
- Jak to? Tobie też zimno… Myślałem, że schizuję… - mój dobry humor po dobrym seksie zanikał, malał niczym słupek rtęci wskazujący temperaturę w tym pomieszczeniu. I wtedy zobaczyłem…
Rozdziawiłem usta… Sparaliżował mnie strach. Zobaczyłem… Zobaczyłem co oni oglądają w telewizji…
Transmisja na żywo z cyrku. SYLWESTROWE SPOTKANIA CYRKOWE – głosił wszechobecnie tytuł.
Klaun stojący na środku areny żonglował piłeczkami.
Nie ja schizuje… Zjadłem kwasa o nazwie Klaun i widzę Klauny… Ale skoro Michałowi było zimno to pewnie Klauny też widział.
Błazen jest blisko – usłyszałem głos w głowie…
Skoro jest blisko to, dlaczego nie słyszę jego śmiechu…
Bo błazen jest w tobie! – odpowiedział głosi wybuchnął szaleńczym śmiechem…
HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHHAHAHAHAHAHHAHAHAHHAHAHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA….
Upadłem na kolana zatykając uszy…
- Nie nie proszę… nie… nie… Błagam…
Byłem pewny. To był głos mojej babci. Nie to niemożliwe… HAHAHA Czy moja babcia żyję czy nie żyję. HAHAHA. Dlaczego ja tego nie wiem… HAHAHA Właśnie zdałem sobie sprawę, że nic nie pamiętam HAHAHA że mam tylko strzępy wspomnień. HAHAHAHAHAHAHA.
- KUUUUUUURWA !!! – krzyknąłem i śmiech ustał.
Nagle. Zniknął.
Zrobiło się nawet cieplej. Wszyscy patrzeli na mnie w osłupieniu.
Podszedłem do telewizora. Nacisnąłem wyłącznik.
- Chłopaki jest sylwester… Nie chcecie przecież oglądać TV. – nagła zmiana mojego nastroju wprawiła ich w jeszcze większe osłupienie. A może nie ich tylko mnie.
- Tak… sylwester… – zaczął jeden z braci - Ale przecież tu możemy go przeżywać codziennie, a raczej conocnie hehe, więc możemy oglądać telewizję złożoną z obrazów naszej podświadomości. – dokończył i po chwili dodał: - Czemu udajesz, że jesteś nieświadomy bycia poza ciałem?
Nie rozumiałem.
Próbowałem przetrawić jego słowa. Naprawdę, starałem się.
Zajęło to bardzo baaaardzo bardzo długooo… Przynajmniej dla mnie. Przez ten długi czas oni się nie poruszyli. Widocznie w istocie trwało to kilka sekund, dla mnie wydawało się wiecznością.
- Jak to kurwa poza ciałem!? – krzyknąłem. Poddałem się. Nic nie mogłem wymyślić.
Do pokoju weszła Magda. Miała czerwone policzki. Oddychała gwałtownie, ale o dziwo była trzeźwa.
- Chłopaki. Wyczuwam zło… Nie mogę już dłużej… Myślę, że on i jego dziewczyna naprawdę nie wiedzą, że są projekcjami… Wydaje im się, i wierzą w to, że naprawdę zjedli kwasa a nie, że podróżują we śnie… Z tym, że zło jest w nim – wskazała na mnie palcem – on nie ma nici do ciała.
Nie wiem jak wy ale ja się budzę i wam też to radzę.
Otworzyła usta i zaczęła z nich wyciągać nić… Normalną nić krawiecką, którą często nawija się na maszynę do szycie. Monika wyciągała dłuuugą nić ze swojej buzi i zwijała ją w kłębek… Przetarłem oczy, ale nic się nie zmieniło. W miarę jak nić bardziej wychodziła z ust, robiła się coraz dłuższa, a kłębek coraz większy jej ciało kurczyło się, chudło… W końcu wyciągnęła całą i wtedy…
Nić upadła na ziemię a Monika…
… Monika zniknęła. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
Nie no takiej jazdy po kwasie jeszcze nie miałem – pomyślałem, ale nie byłem do końca pewny czy dobrze interpretuje zniknięcie Moniki. Czy to, aby na pewno faza? Przecież mogła zniknąć… Hehe
HAHA… Cicho!!! Błazen, do nogi! HAHAHA…
Stałem i patrzyłem na chłopaków uśmiechając się.
- Spoko, nie popadajmy w panikę – powiedział Michał rzeczowym tonem. – Widzicie, że Tomek się śmieje…
Tomek… O kurwa… to tak miałem na imię? Dziwne. Nikt przez cały dzień nie zwrócił się do mnie po imieniu…HAHA Przez to nawet ja zupełnie o nim zapomniałem HAHA.. śmieszne…
- Tomek przez cały czas udaje… - kontynuował Michał poczym zwrócił się do mnie – prawda? Jesteś świadomy, że leżysz sobie w łóżeczku i wyszedłeś z ciała. Że to, co widzisz to świadomy sen, prawda? Że przywołałeś projekcje astralną swojej byłej dziewczyny? Że nie możesz zjeść kwasa, tylko udawać, że go zjadłeś? Po prostu chcesz nas zeschizować. Prawda?
Nie słuchałem go, bo wtedy nagle przypomniałem sobie o księdzu i o odprutym guziku przy spodniach. Nie zdążyłem go przyszyć, ale chyba gdzieś miałem… gdzie ja miałem… Sięgnąłem do kieszeni spodni. O gdzieś tu jest… Jest.
- Sory, ale cię nie słuchałem. – powiedziałem i pokazałem im nić… Była dosyć długa jak na nić od guzika do spodni. Nawet baardzo długa…
Gdy ją ujrzeli przerażenie odmalowało się na ich twarzach.
- O kurwa… - krzyknęli „bracia” jednocześnie.
- Ktoś przeciął jego nić – powiedział Michał.
Odwrócił się w moją stronę. Poklepał po ramieniu.
- Sorry stary, ale nie mogę ci pomóc. To zbyt potężne siły. Życzę, żebyś odzyskał ciało.
I po tych słowach, jakby nigdy nic otworzył buzię i zaczął wyjmować jakkolwiek to zabrzmi swoją nić.To samo uczynili „bracia”.
W pomieszczeniu znów zapanowało zimno. Udało im się! Kurwa udało im się ! Zimno jest oznaką braku luzu (I błazna! – powiedział głos w głowie. Zamilcz nie ma żadnego błazna. – natychmiast mu przerwałem). Wiedzieli, że jem kwasa.
- Haha bardzo śmieszne… - powiedziałem. – Wystraszyliście mnie a teraz możecie już wyskoczy1ć z szampanem i wiwatem: „Suprise”! Nie obrażę się, choć to nie moje urodziny…
Chłopaki nadal wyjmowali z ust nici. Każdy swoją.
- POWIEDZIAŁEM PRZESTAŃCIE ! – krzyczałem.
I w tym momencie Michał i „bracia” zniknęli a pokój zawalony był kilometrami nici.
Usiadłem na kanapie. Obok leżała jakaś książka. Podniosłem ją… Przeczytałem tytuł: „Podróże poza ciałem”. Otworzyłem na pierwszej lepszej stronie.
- Gdy nasz duch opuszcza ciało zostawiamy je bez opieki. Istnieje możliwość, że ktoś zawładnie naszym ciałem, podczas gdy my będziemy orbitować astralnie. Nie ma jednak powodu do paniki. Nasza dusza przywiązana jest do ciała niewidzialną nicią i to my mamy prawo do naszego ciała a nie ktoś inny.
Czy ja umarłem? Nie nie… schizuje… kupiłem tę bajeczkę… Chłopaki bezczelnie robią mnie w jajo… Jestem nakwaszony i wierzę w ich sztuczki… co za bzdura…
- Dobra chłopaki. Książkę podłożyliście, ale zdradźcie trick ze znikaniem…
Cisza… Dobra… OK. jestem nakwaszony, ale nie byłem wcześniej a mimo to ten dzień wydawał się dziwny… Nie ja zwariuje.. NIEEEEEEEEEE.
- Czemu krzyczysz? – dobiegł mnie głos z kuchni.
Ja krzyczę? Przecież ja to tylko pomyślałem…
O Boże! Viki… zupełnie o niej zapomniałem!
Wstałem. Powoli szedłem w stronę kuchni. W kierunku mroku. Gdy dotarłem do przedpokoju zatrzymałem się. Było ciemno i przerażająco.
Próbowałem sobie całe zajście jakoś racjonalnie tłumaczyć. To dość skomplikowane będąc na kwasie… właśnie… już nie czuje fazy… co jest? Już nie! Minęło! Jaka ulga… Na pewno mi wkręcali… to całe przedstawienie z projekcjami astralnymi… A może nie… Może odwrotnie to ja sobie wkręciłem, że oni wkręcają… Wkręt we wkręcie we wkręcie wkręt. Shiza w schizie w schizie schiza…
Oj chyba jednak faza nie minęła…
Zacząłem iść powoli. Po prawej wisiało lustro… Odwróciłem się w przeciwnym kierunku… Bałem się w nie spojrzeć. Dobrze! Teraz nie możesz patrzeć w lustro! Nie wolno! Pamiętaj – znów usłyszałem głos. Był znajomy… Nie mogłem jednak go sobie skojarzyć. Może to…
- Kochanie! – krzyknęła nagle Viki, aż podskoczyłem.
- J-j-już idę! – zająknąłem się.
O czym to ja myślałem… Nie ważne.
Dotarłem do kuchni. Tam też panował mrok.
- Kochanie, czemu siedzisz po ciemku? – zapytałem.
Przekrzywiłem głowę próbując przyzwyczaić oczy do ciemności. Zobaczyłem żarzący się punkcik. Długo zastanawiałem się, co to może być nim zareagowałem:
- Viki! Przecież ty nie palisz!
Dziewczyna siedziała na blacie kuchennym i paliła papierosa.
- Ja nie palę! Ja łykam dym! – odparła poczym zaciągnęła się mocno i nie wypuszczała dymu. Jej ciało wygięło się jak zygzak. Ten ruch przypominał ruch węża.
Zakasłała.
- Co ty kurwa robisz? Udusisz się! – krzyknąłem. Podbiegłem do niej…
Jej wzrok był mętny. Miała szkliste oczy.
- Chcesz… opowiem ci teraz mój sen… pamiętasz obiecałam ci. – powiedziała i zaciągnęła się dymem. Znów trzymała go w płucach… znów jej ciało wygięło się i przypominało węża. Znów zaczęła kaszleć.
- W moim śnie – kontynuowała. – Pobiłeś mnie strasznie… Zerwaliśmy. W moim śnie… nie jesteśmy ze sobą już sześć miesięcy. W moim śnie będę mamą… mam takie przeświadczenie… Noszę twoje dziecko. W moim śnie nie wzięłam tej tabletki… To było takie realistyczne.
Jej opowieść wprowadzała w trans. Stałem jak zahipnotyzowany, nie mogąc powiedzieć ni słowa. Nagle spojrzała na jakiś przedmiot. Zamaszystym ruchem wzięła go do ręki i przystawiła mi do gardła.
Był to nóż.
- Ufasz mi? – zapytała.
Przełknąłem ślinę.
- Ufasz mi?! – tym razem zadała to pytanie krzycząc.
- Tak… - odpowiedziałem.
Uśmiechnęła się i cofnęła nóż. Szybkim ruchem wytrąciłem jej go z ręki. Zapaliłem światło. Cofnąłem się do tyłu.
To nie była Viki.
To był…
Błazen.
Za oknem słychać było odgłos fajerwerków. Wiwaty i wybuchy petard. Wybiła dwunasta.
Staliśmy nieruchomo patrząc na siebie.
Dziewczyna miała rozmazany makijaż. Widać było jej krosty na całej twarzy. Wyglądała okropnie. Obrzydliwie. Brzydziłem się nią i bałem jej zarazem. Zacząłem się cofać w stronę przedpokoju… W kierunku drzwi wejściowych. Przedpokój, co jakiś czas był oświetlany wybuchami sztucznych ogni.
Viki szła w moją stronę a ja cofałem się.
- Odejdź stąd! Odejdź Błaźnie!
- Kochanie, czemu tak mówisz?
- Nie jesteś Viki! Jesteś Błaznem! Zobacz jaki masz rozmazany makijaż… O Boże… jak ty wyglądasz… - zacząłem płakać.
- Makijaż? – zapytała Viki.
Odwróciła się i spojrzała w lustro.
- Nieee !!! – krzyknąłem.
Było już jednak za późno. Uruchomiła zwierciadła. Jej twarz zaczęła się zmieniać. Na moich oczach Viki brzydła… Jej krosty powiększały się, niektóre zaczynały pękać… Po twarzy spływała ropa… Z kolei jej odbicie lustrzane było piękne. Taką Viki kochałem… Piękną, milutką. Przed sobą miałem natomiast ociekającego ropą potwora, który szedł w moim kierunku.
- Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku – powiedział potwór. Jego piękne odbicie lustrzane milczało.
Tego było już za wiele. Otworzyłem drzwi i zacząłem zbiegać klatką schodową. W dół… w dół… byle do wyjścia. Byle do wyjścia. Jezu ile tych schodów. Kurcze ile jest tych pięter. Biegłem ile sił…
Wreszcie jest ! Parter…
Wybiegłem z klatki. Uff świeże powietrze… Nie to nie świeże powietrze. Duchota.
Na zewnątrz było pełno sąsiadów. Niebo zdobiły wzory utkane z szalejących na niebie sztucznych ogni. Wybuchały i tańczyły w blasku księżyca. Huk wokół był niesamowity. Zupełnie jak na filmach wojennych.
Sąsiedzi składali sobie życzenia. Było ich pełno. Tłum.
Nagle ktoś dotknął mego ramienia. Był to sąsiad, który kiedyś uczył mnie angielskiego.
- How do you do? – zapytał. Mógłbym przysiąc, że powiedział po angielsku, więc odpowiedziałem:
- Thanks, I`m fine.
Uśmiechnął się dziwnie i rzekł:
- Co ty kurwa Tomek po angielsku gadasz do mnie? Uuu widzę, że nieźle zabalowałeś. Oczka masz wielkie jak pięć złoty. Szczęśliwego nowego – uśmiechnął się i po chwili zapytał: - To twoja dziewczyna?
Potwór-błazen stał obok mnie. To nie może być Viki? – wmawiałem sobie. Wyglądała koszmarnie. Spojrzałem na nią i natychmiast odwróciłem wzrok… Pytanie sąsiada zawisło w powietrzu… Przecież nie będę mu mówił, że to Coś to moja kobieta… Wyśmieje mnie. Wyśmieje mnie błazeńskim śmiechem. Wyśmieje mnie jak błazen.
- Tak jestem jego dziewczyną! – potwór o ropiejących wielkich jak groch krostach przytulił się do mnie. Odepchnąłem ją i poszedłem przed siebie.
Sąsiedzi patrzyli na mnie. Patrzyli też na Viki. Zdawało mi się, że szeptają coś do siebie. Drogę zagrodziła mi sąsiadka.
- No ty to masz fajną dziewczynę Tomek. Nie to, co ten Michał.
Wszyscy wydawali się poruszać somnambulicznymi ruchami po z góry wyznaczonych trasach.
Zignorowałem sąsiadkę i szedłem dalej. Wszedłem na parking naprzeciw bloku. Viki-potwór szedł cały czas za mną:
- Kochanie! Zaczekaj! – krzyczał.
Odwróciłem się i nerwy mi puściły…
- Kurwa kobieto! Nie mogę na ciebie patrzeć! – wrzeszczałem.
I było to prawdą… Nie mogłem uwierzyć, że nie z pełna kilka godzin temu uprawiałem z nią seks. Była brzydka. Przed oczami stanęły mi najpiękniejsze modelki z teledysków.
Co Viki ci się znudziła? Oj Tomciu, Tomciu grzeszysz. Przecież ją kochasz. Jak mogłeś ją rzucić… - głos w mojej głowie po raz kolejny zagrał swoją śpiewkę.
Spojrzałem na Viki. Taka była prawda: kochałem ją a jednocześnie brzydziłem się. Stało przede mną monstrum, kaszalot, paskudna ropiejącą blać. Ropa z krost się skończyła i z jej twarzy płynęła krew, zupełnie jakby przed momentem rozdrapała strupy. Chciało mi się płakać… Wyć. Chciałem, żeby to się skończyło… Chciałem przerwać tę fazę.
- Jak to nie możesz na mnie patrzeć? – zapytała Viki – przecież już nie mam rozmazanego makijażu. Przed zejściem na dół go poprawiłam.
Viki nachyliła się nad jednym z samochodów i spojrzała w lusterko.
Nie wolno patrzeć w lustro.
- Nie! – krzyknąłem.
Deja vu.
Kurwa, ona znów popatrzyła w lustro, znów to zrobiła. To się źle skończy. Właśnie. Niech to się skończy! Obojętnie jak! KOOOOOOONIEEEEEC !!!
Zamknąłem oczy.
Gdy je otworzyłem nikogo wokół mnie nie było.
Viki zniknęła.
Wszyscy zniknęli.
Cały tłum sąsiadów.
Nie było wystrzałów, ogni sztucznych, życzeń. Nie było nikogo. Wokół ani żywej duszy. Rzeczywistość przypominała martwy zatrzymany kadr filmowy. Ani śladu ruchu.
Stałem samotnie na parkingu przed blokiem - osłupiały.
Nagle coś usłyszałem. Płacz. Dobiegał z samochodu, przy którym chwile temu stała Viki. Podszedłem bliżej.
Zobaczyłem ją.
Jej twarz odbijała się w bocznym lusterku samochodu zamiast mojej. Viki płakała, ale była piękna. Nie miała krost. Z serca spadł mi kamień. Taką Viki kochałem, właśnie taką.
- Pomóż mi! – powiedziała.
Nagle wołanie o pomoc powtórzyło się. Tym razem dobiegało z innego samochodu stojącego nieopodal. Tym razem był to głos męski. Tym razem nie było po polsku.
- Zaraz wracam, skarbie. – powiedziałem do odbicia Viki w lusterku i podszedłem do samochodu obok. Zajrzałem do środka. Nikogo nie było. Spojrzałem w lusterko.
Zamiast swojej twarzy ujrzałem twarz sąsiada z ósmego. Sąsiada od angielskiego.
- Pomocy! – to wołanie z samochodu obok.
Podszedłem by sprawdzić. Od razu spojrzałem w lusterko. A tam powitała mnie morda Bladego – mojego dilera.
- Co ty tu robisz? – zapytałem.
- Jak to co, kurwa! – krzyknął – Jestem uwięziony w tym pieprzonym lusterku i to przez ciebie!
- Przeze mnie? – zdziwiłem się.
- Tak, kretynie! Panuj nad myślami! Człowieku kwas ci się zawiesił !– krzyknął.
Nagle wszędzie słychać było krzyki.
- Pomocy! – wołanie z samochodu po drugiej stronie.
- Na pomoc! – wołanie z końca parkingu.
I tak w nieskończoność.
Zatkałem uszy, gdyż uderzyła mnie kakofonia dźwięków płaczu i krzyków proszących o pomoc. Dobiegała z lusterek samochodów.
- Ty błaźnie! Uwięziłeś nas w lustrach! – krzyczała sąsiadka z piątego.
- Teraz już się nie obudzimy! – ryczał sąsiad z parteru.
- Pomóż nam… - błagało dziecko, czteroletnia córka sąsiadów z czwartego piętra uwięziona w wielkim lusterku czarnej ciężarówki.
To przechodziło wszelkie granice. Byłem bezbronny. Jedyną obroną mógł być śmiech.
Ale jaja! Sąsiedzi są uwięzieni w lustrach! – pomyślałem i natychmiast się roześmiałem. Stałem na środku śmiejąc się w niebogłosy:
HahahahHAHAHAHAHAH
A sąsiedzi w lustrach krzyczeli:
- BŁAZEN!
HahahahHAHAHAHAHAH
- BŁAZEN!
HAHAHA – nie mogłem się opanować.
- BŁAZEN
UUUUUHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHHAHAH.
Upadłem na kolana.
- Błazen! - śmiech i krzyki odbijały się echem po całym osiedlu.
Zamknąłem oczy.
Boże pomóż – pomyślałem.
Wnet krzyki i błazeński śmiech ustał.
Nastała cisza. Delektowałem się nią wpatrzony w ciemność.
Powoli otworzyłem oczy.
Zamiast samochodów na parkingu ujrzałem rząd ławek.
Byłem w kościele.
- Nareszcie! – odezwał się głos. Ten sam, który od jakiegoś czasu był w mojej głowie i którego nie mogłem zidentyfikować.
Dobiegał z ławki ustawionej tuż przy ołtarzu. W ławie klęczała postać. Z tej odległości nie wiedziałem kto to, ale miałem wszechobecne przeświadczenie, że to ktoś bliski.
Wolno wstałem z klęczek i zacząłem iść.
Wolno wszedłem do ławki i usiadłem obok postaci.
Była to moja babcia.
- To ja jestem błaznem, prawda? – zapytałem.
- Tak. – odparła babcia i uśmiechnęła się. – Zbłądziłeś i twój umysł cię zgubił.
- Babciu… - znów byłem dzieckiem. Łza spłynęła mi po policzku. – Co się dzieje? Co ty tu robisz?
- Ksiądz zahipnotyzował mnie bym cię odnalazła i pomogła odszukać drogę do twojego ciała…
- O czym ty mówisz? Ciała? Jaki ksiądz? Projekcje astralne, tak?
- Spokojnie nie wszystko naraz… Gdy zerwaliście z Viki, przepraszam ale byłam w pokoju i słyszałam waszą kłótnie… przestałeś wychodzić z domu…
- Jak to zerwaliście z Viki? – przerwałem jej.
- Daj mi dokończyć… Zamykałeś się w pokoju i całymi dniami spałeś… Żyłeś w jakimś innym świecie. Podejrzewaliśmy, że bierzesz narkotyki…
Kwas ci się zawiesił – przypomniałem sobie słowa dilera.
- Myślałeś, że jesteś z Viki… Cały czas mówiłeś do mnie, że właśnie idziecie z Viki do pokoju oglądać film… Ale nie było z tobą Viki, choć zachowywałeś się jakby była. Martwiłam się…Spałeś do późna, budziłeś się… oglądałeś filmy, gadałeś do siebie i znów spałeś… Aż pewnego dnia nie mogłam cię dobudzić. Zapadłeś w śpiączkę… Jesteś w niej do dzisiaj. Leżysz na łóżku a twój duch wędruje w tym świecie, w którym jesteśmy w odbiciu rzeczywistego świata. Co jakiś czas myślałam, że się obudziłeś bo śmiałeś się szaleńczo. Spałeś jednak nadal targany spazmami śmiechu. Nie ufam psychiatrom, więc zawołałam księdza i dobrze zrobiłam. Teraz już wiemy, co jest z tobą nie tak. Ktoś cię opętał. Podczas śpiączki doświadczyłeś stanu wychodzenia z ciała, jednak pewnego razu nie udało ci się powrócić i jakaś istota skorzystała z okazji i zamieszkała teraz twoje ciało… Od dwóch dni próbujemy egzorcyzmów…
I nagle przypomniałem sobie.
- Nie zażyłaś tej tabletki…? - pytam Viki. Siedzi naga na łóżku i maluje paznokcie.
- Od tygodnia ich nie biorę… Kochanie chcę tego dziecka…
Wytrącam jej lakier do paznokci.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – krzyczę.
- Uspokój się… Poradzimy sobie…
Moja pięść uderza w jej wargi. Viki upada na łóżko… Z kącika ust leci krew.
- A skąd mam pewność, że to moje dziecko?
Żałuję tego co robię, ale nie cofam decyzji.
- Wynoś się! Z nami koniec!
Viki płaczę.
Podnoszę ją za rękę. Wychodzimy z pokoju. Otwieram drzwi wejściowe.
- Wypierdalaj suko! – krzyczę i zamykam drzwi na wszystkie zamki.
Tego samego wieczora jadę do Bladego… chcę proszek, ale ma tylko kwasy. Może być. Zjadam LSD.
Zawiesza mi się. Wyrzucam z pamięci wspomnienie o kłótni z Viki. Od tego momentu zaczynam żyć w innym świecie.
Babcia dotknęła mojego ramienia wytrącając mnie z wizji. Tym razem wizja ta nie była przeświadczeniem, ale krwistym i wyrazistym wspomnieniem.
- Chodź. – mówi babcia i zaczyna iść w kierunku zakrystii. Idę za nią.
Zamiast zaplecza kościoła wchodzimy do mojego pokoju.
Widzę siebie leżącego na łóżku, obok na krzesłach ustawionych obok siebie śpią dwie postaci. Jest to babcia. Na drugim krześle ksiądz z otwartym modlitewnikiem.
- Teraz musisz przepędzić intruza ze swojego ciała! – mówi duch astralny babci i wchodzi do swojego śpiącego na krześle ciała. Ciało babci budzi się momentalnie. Nie widzę jej dokładnie. Jest ciemną plamą, która wstaje. Przykrywa księdza kocem i wychodzi z pokoju. Nie widzi mnie. Przenikam przez nią. Zbliżam się do swojego łóżka. Tam śpi moje ciało, które też jest rozmazaną plamą. Gdy podchodzę bliżej słyszę śmiech. Śmiech, który prześladował mnie cały czas podczas życia w świecie astralnym. Który przyprawiał o gęsią skórkę. Śmiech, który mieszkał w moim ciele.
Tym razem jednak się go nie boję, gdyż zdaję sobie sprawę, czym jest ów śmiech. Ów śmiech błazna.
Wiedza ta pojawia się momentalnie. Jest śmiechem dziecka.
Z mojego ciała leżącego na łóżku wyłania się powoli postać sześciolatka. Wyrazisty duch astralny sześcioletniego chłopca przeciera oczy i patrzy na mnie. Opętał mnie dzieciak. Nie do wiary.
- Cześć tato… - mówi a mi ciarki przechodzą mi po plecach. Tym razem się boję.
- Jak to… jak to… tato? – pytam.
- Jestem twoim nienarodzonym synem. Musiałem opanować twoje ciało by zwrócić na siebie uwagę. – sześciolatek mówi zupełnie jak dorosły. – Jeśli nie wrócisz do mojej mamy ona mnie usunie…
Odczuwałem zbyt wielką potrzebę istnienia by na to pozwolić… Opuszczę twoje ciało, i będziesz mógł do niego wrócić pod jednym warunkiem - musisz mi przysiąc, że wrócisz do mamy i wszystko potoczy się zgodnie z przeznaczeniem, które zniszczyłeś… Jeśli to zrobisz będziesz wszystko pamiętał… jeśli nie - obudzisz się i los potoczy się innym torem… Czy kochasz mnie tato i przyrzekasz, że wrócisz do mamy i będę mógł istnieć? – zapytał chłopiec.
- Przyrze… - zamarłem wpół słowa.
Plama będąca ciałem księdza poruszyła się w dziwnych drgawkach. Coś zaczęło z niej wychodzić. Zmaterializował się duch. Wnet w pokoju były już trzy projekcje astralne a nie dwie: ja, dzieciak i ksiądz.
Duch księdza spojrzał na mnie. Nagle zrobiło się zimno. Dopiero po chwili zorientowałem się, że zimno emanuje od egzorcysty. Wyczuwałem w nim zło. Spojrzałem na kapłana i cofnąłem się. Jego strój nie przypominał szat kapłańskich… Ubrany był w workowaty kostium z wielkimi kolorowymi guzikami-pomponami. Na głowie miał niebiesko-pomarańczowe sterczące włosy… a na nosie czerwoną wielką kulkę, która zapewne piszczała przy dotknięciu. To nie był ksiądz… To był klaun. Cyrkowy klaun. Tylko, że zamiast baloników dzierżył w ręku krucyfiks, który przypominał książęce berło. Ksiądz-klaun obrócił się w stronę dziecka. Podniósł do góry krzyż:
- Idź precz bestio, któraś przyoblekła powłokę dziecka! – krzyczał.
Koszmar urzeczywistnił się. Błazen z koszmaru stał obok mnie i atakował ducha mojego syna.
Dzieciak zaczął się zmniejszać. Po niecałych trzech sekundach był trzylatkiem. Płakał.
- Nieeee ! – krzyknąłem. – Niech ksiądz przestanie!
Rzuciłem się na niego, ale przeniknąłem przez jego ducha.
Błazen krzyczał:
- Niech piekło cię pochłonie, ty któryś opętał duszę Tomasza – egzorcyzmy w ustach klauna brzmiały piekielnie.
- Nieee! To mój syn! – krzyczałem, ale błazen mnie nie słyszał.
Dzieciak powoli stawał się coraz młodszy… aż wreszcie stał się mikroskopijnym embrionem i przestał istnieć.
Poczułem, że się duszę… Brakowało mi powietrza. Otworzyłem usta. Nić od guzika do spodni, wyleciała z kieszeni spodni i wleciała do mojej jamy ustnej. Jej drugi koniec wbił się w leżącą na łóżku plamę będącą moim ciałem.
Potem widziałem już tylko ciemność.
Tomasz otworzył oczy. Poruszył ręką. Leżał w swoim pokoju na łóżku. Był zlany potem. W pomieszczeniu nie było nikogo. Spojrzał przez okno. Powitał go ciepły wiosenny poranek. Głowa go bolała. Czuł się jak na zejściu po nieprzespanych kilku nocach. Był niesamowicie głodny. Z kuchni dolatywały przyjemne zapachy. Skierował tam swoje kroki.
Babcia smażyła naleśniki.
- Dzień dobry. – powiedziała.
- Długo spałem? – zapytał.
- Nawet nie wiesz jak długo… - uśmiechnęła się tajemniczo.
Boże jakie mam dziury w głowie. Ostatnie, co pamiętam to zima i rozstanie z Viki… Musiała wyjechać na studia w październiku, więc stwierdziliśmy, że się rozstajemy. Cholera jak to się stało, że teraz jest wiosna. – pomyślał.
Siadł do stołu i łapczywie zaczął jeść.
Obok na krześle leżała kapłańska stuła.
- Co to? – zapytał Tomek.
Babcia była zmieszana.
- Ach to? Ksiądz był po kolendzie i zapomniał… Nie pamiętasz? – babcia spiorunowała wzrokiem swojego wnuka.
- Boże, babciu… nie wiem… Muszę iść do lekarza… Nic nie pamiętam…
- Wiem, wnusiu. Wiem… Sprawdzałam tylko. Kiedyś ci to wyjaśnię. Słuchaj, znalazłam twoją komórkę. – powiedziała wręczając mi telefon – Była w piwnicy. Musiałeś ją tam zostawić jak zanosiliśmy na zimę słoiki.
Popatrzył na wyświetlacz. Trzy wiadomości głosowe – nieodsłuchane… Z numeru Viki.
Szybko wykręcił numer poczty głosowej. Usłyszał Viki. Była przerażona, jej głos roztrzęsiony…
- Tomek… zrobiłam testy… Jestem w ciąży… Przyjeżdżaj… Kocham cię, jakoś sobie poradzimy… Wynajmiemy mieszkanie. Kocham cię.
Tomasz momentalnie przestał jeść. Nie odsłuchał następnych wiadomości.
Czym prędzej wykręcił numer dziewczyny. Nie wiedział, dlaczego ale cieszył się. Jak on się cieszył.
- Halo. – odezwał się zimny głos w słuchawce.
- Kochanie co za wspaniała nowina! – krzyczał Tomek.
- O czym ty mówisz?
- Odsłuchałem wiadomość? Jak mu, albo jej damy na imię…
- Co?
- No dziecku..?
- Jakiemu dziecku… Aaa… Coś ty się dopiero obudził. Nie ma żadnego dziecka.
- Jak to… usunęłaś?
- Nie, no coś ty…. To była ciąża urojona. Przecież ci się nagrałam
- Urojona? Jak to?
- Tomek…urojona. O co ci chodzi? Chyba wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Kocham cię – powiedział, lecz ona milczała, mówił więc dalej – Słyszysz? Chcę żebyś była matką moich dzieci… Kocham cię.
- Jesteś pijany, Tomek. Pogadamy jak wytrzeźwiejesz…
- Nie jestem pijany! – krzyczał.
- Żyjesz przeszłością. Ja żyję przyszłością i w niej nie ma miejsca dla ciebie… - jej słowa zabolały wbiły się w serce jak sztylet.
- Jak się kiedyś spotkamy to pogadamy. – dodała i rozłączyła się.
Nie spotkali się za życia nigdy więcej.
I całe życie, nie wiedząc dlaczego, dręczyło ich pytanie: czy aby na pewno takie było ich przeznaczenie.