polskihorror.pl
strona główna
Marcin Gutek - Wywiad z wampirem
Opowiadanie wyróżnione w konkursie DANSE MACABRE
O tej porze nocy nuda doskwierała mu najbardziej. Kiedy tylko zapadał wieczór, wstawał z łóżka pełen energii i nadziei. Po dokonaniu toalety, ogoleniu się i wrzuceniu czegoś na ruszt, siadał za swoim wypolerowanym do granic możliwości biurkiem z lampką ulubionego czerwonego wina i czekał. Na blacie zwykle leżała sterta papierów dla stworzenia iluzji niezwykłego wzięcia właściciela. W zasięgu ręki plątał się jeszcze plastikowy jeżyk z powkładanymi między kolce przyborami do pisania i temperówką zamiast tyłka. Na powierzchni mebla rozpływało się mlecznobiałe światło prosto z kinkietu zawieszonego na ścianie po lewej stronie. Tak wyglądało jego miejsce pracy, chociaż użycie słowa praca było pewnym nadużyciem. Wciąż jeszcze roboczogodziny nie straciły dziewictwa, a notes spraw czekał na pierwsze szturchnięcia nabrzmiałego ołówka.
Trudno jest znaleźć sobie dobrą posadę, gdy jest się wampirem. Odpadają wszystkie zajęcia wykonywane w dzień ze względu na światłowstręt - dla odmiany praca nocą wśród garstki ludzi rodzi pewne problemy z akceptacją jego wyglądu. Na trzeciej zmianie pełnią obowiązki zwykle ci, którym natura poskąpiła tolerancji, o czym przekonał się w fabryce narzędzi stolarskich, kiedy pilnikiem próbowano skrócić mu górne siekacze. Barbarzyńcy!
Któregoś razu włócząc się po nocy zastanawiał się nad swoim pokręconym życiem. Przystanął pod jakąś latarnią, żeby skroplić uczucia i zauważył kątem oka parę, przytuloną do siebie dość ściśle. Zniknęli w drzwiach eleganckiego lokalu i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie mały człowieczek w prochowcu i mocno wciśniętym na czoło kapeluszu. Zatrzymał się nieopodal restauracji, zajrzał do środka przez szybę, po czym skrył się za rogiem budynku. Dało się za chwilę zauważyć niewielki ognik, który następnie zgasł. A w nim światło rozbłysło z wielką mocą, uderzyło go niczym błyskawica olśnienia tak, że zachlapał sobie spodnie. Drżały mu ręce, podekscytowanie było przyczyną długiego wpychania tego, co powinno tkwić bezpiecznie za zasłoną z zamka błyskawicznego. Biegł ulicą do domu jak na skrzydłach, pchany silnym podnieceniem, podekscytowany nowymi możliwościami. W ciągu kilku nocy przygotował wszystko, co było potrzebne, łącznie z tablicą „Wielki Prywatny Detektyw”, przeczytał poradnik „VAT dla detektywów” – nie musiał się uczyć śledzenia, bowiem opanował tę sztukę jako wampir w stopniu mistrzowskim. Był przygotowany należycie – nie przewidział tylko jednego: braku klientów. A przecież nocne godziny otwarcia biura powinny być na rękę zdradzanym żonom, podejrzliwym mafiosom czy cierpiącym na manię prześladowczą VIP-om. Gdzie tkwił błąd?
Chyba w jego naturze. Był bardzo ufny i łatwowierny. We wszystkim, co robił, nigdy nie zakładał złej woli drugiej strony. Niestety, świat był pełen osobników, którzy tylko czekali na takich frajerów i wykorzystywali to do granic możliwości. Bo czegóż można oczekiwać po zaproszeniu na wspólny wieczór od ponętnej mężatki, kiedy jej partner przebywa w delegacji kilkaset kilometrów od miejsca zamieszkania? Na pewno nie tego, że wbije się zębami w szyję podczas namiętnego tańca i zafunduje konieczność noszenia szalika w lecie, światłowstręt, skłonność do czerwonego trunku, którego bynajmniej nie da się sączyć z butelki kupionej w przydrożnym sklepie, i dożywotnią alergię na czosnek. Długo musiał się przyzwyczajać do nowych realiów, miał problem z dziąsłami, które strasznie bolały w czasie wyrastania siekaczy – a skąd wziąć dentystę pracującego w środku nocy? W dodatku to było lato, więc zmierzch zapadał naprawdę bardzo późno. Nikt sobie nie zdaje sprawy ile tubek past do zębów zaczął zużywać w ciągu miesiąca – przecież nie mógł dopuścić do próchnicy! Chciał, nie chciał zwrócił się do sprawczyni problemów; uzyskał wszechstronną pomoc w wielu dziedzinach: mnóstwo cennych rad czy poznanie paru wpływowych ludzi na wieczornych obrzędach. Niedoszła kochanka załatwiła mu również w ramach rekompensaty za krzywdy moralne darmowe odczulanie na czosnek. W gruncie rzeczy to była dobra kobieta – nie czuł już do niej żalu.
O zgrozo, szczęście w nowej sytuacji nie trwało wiecznie. Kto mógł się spodziewać, że śledzony przez niego osobnik, którego potem dopadł w bramie, będzie miał pięć promili alkoholu we krwi? Przecież skurczybyk szedł cały czas prosto, nawet się nie zatoczył. Dopiero, kiedy wbijał w niego swoje wyspecjalizowane narzędzie pokryte szkliwem poczuł opary alkoholu. I tak miał szczęście, że gość nie uraczył się wódką, tylko czerwonym winem. Po tygodniu odkrył, że to nie krew, ale wino stanowi dla niego siłę napędową. Nowe uzależnienie było bezpieczniejsze, bo nie musiał już śledzić w nocy ludzi, ale za to bardzo kosztowne. Jedna butelka wystarczała na jeden wieczór. Skoro nie pił krwi, dlaczego uważał się za wampira? Niestety, siekacze dalej co wieczór rosły i wciąż nie cierpiał słońca, więc trzeciorzędowe cechy wampiryzmu nadal pozostawały. Poza tym stopień uzależnienia od nowej używki był taki sam: wpadał w szał ilekroć nie dostawał swojej sfermentowanej dawki na czas. Kiedyś w delikatesach nocnych wzbudził popłoch w kolejce do kasy. Stanowczo za długo trwało obsługiwanie klientów.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk dzwonka. Odczekał chwilę, bo sądził, że to tylko efekt imaginacji i silnych oczekiwań, ale gdy usłyszał powtórnie błogosławiony odgłos, rzucił się pędem do drzwi wejściowych. Szarpnął zbyt gwałtownie za klamkę i uderzył się w palce u nogi, jako że zdjął zbyt ciasne buty, gdy siedział za biurkiem, a śpiesząc się zapomniał ich założyć.
- Do odaliski nędzy!
Do biura wkroczyła kobieta. Nie, nie kobieta tylko zjawisko. Długie kręcone blond włosy opadały jej swobodnie na plecy, zaś strój podkreślał zgrabną sylwetkę wciętą w talii. Kiedy odwróciła się, wbiła w gospodarza swoje błękitne oczęta.
- Pan jest detektywem?
Cóż to było za pytanie? Chociaż, kiedy zorientował się jak musi idiotycznie wyglądać bez butów, podskakując na jednej nodze uznał je za bardzo zasadne.
- Tak, to ja we własnej osobie.
- Miło mi – dlaczego kobieta musi wyciągać dłoń w sposób nie pozbawiający złudzeń? Dlaczego nie można jej po prostu uścisnąć, a trzeba zginać się w pół żeby dosięgnąć ją ustami? Nie lubił tego - nikt nie zdawał sobie sprawy jak trudno złożyć uwielbienie na kobiecej dłoni z tak skomplikowanym uzębieniem. Musiał ściskać mocno wargi, uwierające w siekacze, i nieuchronnie wypuszczał wtedy odrobinę śliny. To było żenujące. Dlatego ścisnął rękę blondynki trochę nienaturalnie wykrzywiając swoją prawicę. Kiedy wreszcie wyswobodził kończynę, posłużyła mu ona jako drogowskaz. Szedł za kobietą, kontemplując jej boski wygląd. Miała na sobie doskonale skrojony czarny kostium, zaś stukot jej szpilek skutecznie głuszyła wykładzina. Poruszała się w taki sposób, jakby chciała całym swym ciałem skusić mężczyznę podążającego tuż za nią. W momencie, kiedy zajęła krzesło naprzeciw biurka zaczął żałować, że ma tak krótki pokój.
- Jak mogę pani pomóc?
Poprawiła się nerwowo na meblu. Założyła nogę na nogę, po czym sięgnęła do torebki i wyciągnęła paczkę papierosów. Wygrzebała jednego z nich i włożyła do ust. Zastygła w oczekiwaniu. Przyglądając się temu niezwykłemu spektaklowi, zapomniał o swojej powinności. W popłochu odsunął szufladę w poszukiwaniu źródła ognia. Sam nie palił, toteż marne były szanse odnalezienia czegokolwiek, od czego można odpalić tytoniową używkę. Blondynka teatralnie westchnęła, po czym sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej zapalniczkę. Nie wyglądało to najlepiej, żeby kobieta sama sobie zapalała papierosa, więc szybko sięgnął po niewielki przedmiot, jednak został stanowczo zdzielony po łapach. Niewiasta zaciągnęła się kilka razy i zmierzyła go niebieskimi oczami.
- Przyszłam tu w sprawie brata.
Pusty notatnik, krzyczący wręcz nienaturalną białością, sam trafił do rąk i otworzył się. Detektyw poczuł wtedy niepokojące ukłucie w okolicach podbrzusza. Tak, można to było porównać tylko z napięciem seksualnym.
- Można znać godność pani brata?
Blondynka utkwiła w nim swój wzrok.
- Siewca Moralnego Niepokoju.
Wzdrygnął się. Słyszał o tym człowieku – był znany w pewnych kręgach. Próbował wzbudzić w ludziach sumienie różnymi metodami, chociaż najczęściej używał mieszania z błotem. „Etyczne szambo” to było najmniej obraźliwe określenie, jakie stosował w swoich kwiecistych przemowach. Mimo takiej retoryki znalazł grono wiernych wyznawców, którzy daliby siebie pokrajać na kawałki, jeśli by to tylko mogło pomóc ich guru. Porywał do boju, zwłaszcza starsze osoby, w które w zadziwiający sposób potrafił tchnąć drugą, a czasami nawet trzecią młodość. Manifestowała się ona w dość ekscentrycznym wykorzystaniu lasek w zwalczaniu zgnilizny moralnej. Ale oprócz zagorzałych wielbicieli miał także wrogów.
- Co grozi pani bratu?
Blondynka nerwowo zgasiła papierosa o blat stołu. Rozejrzała się z popłochem na wszystkie strony i sięgnęła do torebki. Trwało to dobrą chwilę, zanim wyjęła z niej świstek papieru i drżącą ręką podała nowo upieczonemu detektywowi. Na kartce znajdowały się wycięte z gazety litery, które układały się w bardzo frapujący napis: „Sam jesteś jak szambo – i w nim zginiesz”.
- Wie pani, nie można tego tak do końca odczytać jako groźbę. Może to jest metafora i słowo zginąć oznacza raczej koniec kariery pani brata?
- To był dopiero pierwszy z serii. Kolejne stawały się coraz gorsze.
Na stole wylądowały następne świstki, na których można było znaleźć podobne zdania: „Twoje staruszki dostaną zawału, jak się dowiedzą, co o tobie wiem”, „Niedługo pociągniesz już ten wózek” czy „Szykuj się Siewco na zbiory, twoje ostatnie”.
- Czego pani ode mnie oczekuje?
Kobieta poprawiła się nieznacznie na krześle. Wprawne oko detektywa zauważyło, że spódnica podjechała trochę w górę ukazując bardzo kształtne kolana.
- Chcę żeby odnalazł pan adresata tych pogróżek. Mój brat jest cały w strzępach, nie śpi, nie je – bardzo się o niego martwię.
- Zdaje sobie pani sprawę, że to naprawdę trudna zagadka. To jak szukanie igły w stogu siana.
Blondynka miała łzy w pięknych, błękitnych oczach. Znowu sięgnęła do torebki, ale poszukiwania znacząco się wydłużały. W pewnym momencie coś dotarło do szarych komórek gospodarza i wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Wstał, obszedł mebel i podał kawałek flaneli niewieście. Nie był pewien czy powinien się tak zachowywać w stosunku (cóż za brzydkie słowo) do swojej potencjalnej klientki, ale oparł się o biurko tuż przed jej fotelem.
- Proszę pana, to dla mnie takie ważne – z niewiadomych przyczyn jej spódniczka z każdym słowem zaczynała podsuwać się jeszcze wyżej, dobitnie pokazując, że jej właścicielka ma nie tylko piękne kolana.
- Domyślam się – detektyw czuł narastającą suchość w gardle, – że byłaby pani zrobić wszystko dla brata?
Nie wiadomo, dlaczego, ale ze zgrabnej damskiej nóżki zsunął się bucik. Głuche uderzenie o podłogę zabrzmiało jak pozytywna odpowiedź na ostatnio zadane pytanie. Tymczasem stopa blondynki sunęła po wykładzinie niczym wąż w kierunku gniazda z nieświadomą niebezpieczeństwa ptaszyną.
- Jest dla mnie bardzo ważną osobą, zatem nie cofnę się przed niczym, żeby go uchronić.
Musiał się bardzo skupiać, żeby zrozumieć sens całego zdania, bo dla niego brzmiało ono jako zlepek sylab. Z każdą zgłoską mógł coraz wyraźniej poczuć ten elektryzujący dotyk, przesuwający się po nogawce. Odpływał w dawno nieodwiedzaną krainę, czuł się młodo, jakby ktoś podarował mu niebywały prezent w postaci wyleczenia z erotycznego Alzheimera. Przekroczył granice, po której już nie ma powrotu, tak jak człowiek, który wisząc nad przepaścią właśnie traci ostatni punkt zaczepienia przed upadkiem.
- Podejmę się.
- Czego? - Blondynka zaatakowała z premedytacją najczulszy punkt mężczyzny.
- Tej sprawy.
- Dzięki, mój wybawco – kobieta zabrała zwinnie stopę i zsunęła się przed nim na kolana, obejmując go za nogi.
W normalnych okolicznościach powinien powiedzieć coś w rodzaju „Ależ nie trzeba, proszę wstać”, ale sytuacja, w jakiej się znajdowali, nie sprzyjała do tego rodzaju okrzyków. Tym bardziej, że teraz dla odmiany to dłoń przesuwała się po nogawce. Aż usłyszał charakterystyczny dźwięk, kiedy zaczął się bój u wrót jego intymności, a do twierdzy zbliżało się pięciu rycerzy, którzy już mieli z wprawą chwycić za taran...
W życiu nie słyszał bardziej przerażającego wrzasku. Nawet najbardziej zaskoczone ofiary, kiedy jeszcze gustował w krwi, nie wydobywały z siebie takich potwornych dźwięków. W szoku nie zdążył zarejestrować faktu, że został sam. Opuścił wzrok i spojrzał na swoją męskość. Na infekcję! Zawsze o tym zapominał w chwilach uniesień, o tej przypadłości wampira, do której już się nawet przyzwyczaił, ale stanowiła poważny problem dla zszokowanej płci przeciwnej. Zamiast przyrodzenia spomiędzy rozchylonego rozporka sterczał dumnie osikowy kołek.
* * *
Kac podstępnie rozejrzał się po pokoju. Mimo ciemności widział dokładnie sylwetkę mężczyzny wyciągniętą w nieładzie na sofie. Uśmiechnął się do siebie obserwując następną ofiarę. Gdyby miał ręce na pewno zatarłby je w zachwycie. Nie był jednak prymitywnym stworzeniem, żeby mieć tak zbędne części ciała jak kończyny. Poruszał się siłą woli, a kierował znakomitym węchem potrafiącym z kilku kilometrów pod wiatr wyczuć opary alkoholu. Dopadał takiego miejsca i czekał. Nie atakował ludzi, kiedy pili – wtedy byli czujni, mogłoby się nie udać. Zawsze cierpliwie medytował i dopiero, kiedy libacja dobiegała końca, a jej uczestnicy padali z wyczerpania i ogarniał ich sen, zaczynał rozpoznanie. Najbardziej lubił tych, którzy najwięcej wypili, chociaż zdarzało mu się złośliwie zaatakować jednostki, które przechwalały się posiadaniem najmocniejszej głowy. Potem następował sam atak – nagły i bezlitosny. Wysysał całą wodę z organizmu, rozbijał się po głowie, rozszerzał źrenice, osłabiał mięśnie. Polowanie trwało prawie cały dzień i zawsze pilnował, żeby uciec, kiedy człowiek zjadł żurek, wypił klina lub sok spod kiszonych ogórków czy skonsumował zsiadłe mleko. Chodziło o psychologiczną przewagę i stworzenie iluzji, że można się go pozbyć. Zmieniał żywicieli, co wymagało opuszczenia ciała człowieka, a taki moment wydawał mu się zawsze najodpowiedniejszy.
Był już blisko – czuł, że gość wczoraj musiał mocno przeholować. Lekko rozwarte usta zapraszały do wykonania skoku. Kac przeciągnął się w myślach, jeszcze raz rozpłynął się w odorze i poleciał. Tuż przed zanurzeniem się człowiek ziewnął, pokazując nienaturalnie wielkie zębiska. Nieeeeeeee! Błąd, wampiry nie mają kaca!
Wielki Prywatny Detektyw wyciągnął się na sofie i nagle po mózgu rozpanoszyła się nieprzyjemna świadomość, oznajmująca, w jakiej niewygodnej pozycji leżało jego ciało.
- A niech to dunder świśnie! – Zaklął szpetnie, po czym jęknął poczuwszy skurcz w nodze. Prawej ręki dla odmiany nie czuł wcale – miał ją wciśniętą pod siebie cały dzień. Nie lubił tego uczucia: kiedyś ugryzł sparaliżowanego i przez pięć minut nie mógł uciekać, leżąc bezradny w bramie, zdany na łaskę losu. Wstał rozmasowując lewą ręką skurcz w dolnej kończynie, a potem powędrował do łazienki. Puścił z kranu wodę i natychmiast ją zakręcił: dudniła w głowie niczym wodospad. Spojrzał na odbicie w lustrze i przerażenie opanowało wszystkie włosowe cebulki, stawiając je na baczność – przypomniał sobie, jakie ilości wina wlał w to wychudłe ciało. Czuł się jak w pułapce: chciało mu się pić, ale nie mógł odkręcić kurka z życiodajnym płynem z uwagi na migrenę. To koniec – umrze z pragnienia w łazience. Nagle dostrzegł w lustrze jeden ze swoich siekaczy i uderzył się z rozmachem w czoło.
- Wampiry nie mają kaca! Przez tę sklerozę kiedyś się wykończę.
Kiedy w mózgu zwolniło się miejsce na następną myśl, przypomniał sobie wydarzenia z poprzedniego wieczora. To był koszmarny wniosek – pił nie dlatego, że miał na to ochotę, ale żeby zalać robaka! Przerwał rozczulanie się nad sobą – przecież dostał pierwsze w życiu zlecenie. Wyleciał jak z procy z łazienki i rozpoczął gwałtowny proces ubierania: nie ma chwili do stracenia. Kiedy nakładał spodnie, usłyszał dzwonek do drzwi – zamarł w bezruchu, nasłuchując. Po chwili dźwięk powtórzył się, więc ruszył w stronę wyjścia. Po kolejnym dzwonku szarpnął za klamkę i zobaczył wreszcie owego niecierpliwego osobnika, który nadużywał przycisku wabiącego gospodarza. W świetle framugi dojrzał wysokiego, barczystego mężczyznę o urodzie Frankensteina: prawie kwadratowa twarz, mocno zarysowana szczęka, oczodoły nienaturalnie zapadnięte, krótko obcięte szare włosy z grzywką opadającą na czoło. Siewca Moralnego Niepokoju!
- Można? – Basowy głos zadudnił echem w korytarzu.
- Proszę bardzo – miał nadzieję, że siostra nie naopowiadała mu jakiś niestworzonych rzeczy i nie przyszedł tutaj złoić mu skóry.
Przeszli do gabinetu i rozsiedli się po dwóch stronach biurka. Zapadła niezręczna cisza. Siewca zaczął bawić się leżącym na stole ołówkiem.
- Była tu u pana wczoraj moja siostra – nie wiedział czy to pytanie czy stwierdzenie.
- Taaak
- I wynajęła pana, żeby wytropić adresata pogróżek? – Wzrok Siewcy utkwiony był gdzieś daleko za oknem.
- Dokładnie – detektyw zaczął powoli odzyskiwać rezon, jednak cały czas w napięciu oczekiwał ciosu ze strony swojego gościa.
- No więc?
Tego się najbardziej obawiał. Inteligentnego pytania, na które nie będzie w stanie odpowiedzieć. Nałożył na swoją twarz maskę spokoju i nie pozwolił innym uczuciom wypełznąć z mózgu na swoje oblicze.
- Pan w tej sprawie? – Pytanie wydało mu się rezolutnym.
- Na pewno moja siostra była u pana?
- Tak, tak, na pewno – na wspomnienie poprzedniego wieczoru policzki detektywa spłonęły ognistym rumieńcem.
- Więc czekam – Siewca rozparł się w pozie pod tytułem „Baw mnie gościu”.
Dopiero po dobrej chwili szare komórki detektywa zebrały się razem i wskutek tego zdarzenia nastąpił intensywny proces myślowy.
- Czy podejrzewa pan kogoś o napisanie tych pogróżek?
- Tak.
- Kogo?
- Mistrza Ciętej Riposty.
Za oknem rozbłysła błyskawica. Detektyw obejrzał się zdziwiony w okno – nic nie zapowiadało burzy.
- Dlaczego akurat jego?
- Pan raczy chyba żartować? A któż by inny?
Mistrz Ciętej Riposty był politycznym oponentem gościa. Nie było takiej kwestii, w której obaj panowie mieliby jednakowe zdanie. Detektywowi wydawało się to nieprawdopodobnym i sądził, że robią to na pokaz, a publicznie wygłaszane tyrady nie mają nic wspólnego z ich rzeczywistymi poglądami.
- A czy mógłby pan sprecyzować... podać jakieś... przykłady – ze zdenerwowania głos wampira zaczął przypominać zacinającego się hip-hopowca.
- Przykłady? A może jeszcze mam od razu dostarczyć panu dowody?! – Siewca nawet gdy siedział to wyglądał srogo jakby stał.
- Nnnno nie, ale myślałem, że pan poda jakieś uzasadnienie...
- A co tu jest do uzasadniania?! Pan ma znaleźć dowody, ja wskazuję sprawcę – gość grzmiał w najlepsze. – Nawet średnio rozgarnięta kura wykonałaby to zadanie.
- Dobrze, dobrze, proszę się już uspokoić. Znajdę dla pana te dowody,
Siewca podniósł teatralnie jedną brew, zmierzył to, co wystawało z gospodarza nad blatem biurka, jakby chciał ocenić przydatność wampira i kiwnął głową w akcie desperacji.
- To załatwione, czekam na pana pojutrze z wynikami śledztwa.
Wyszedł. Nawet nie pozwolił detektywowi na zmianę terminu. Było coś tak stanowczego w kroku (chodzi oczywiście o sposób poruszania się) Siewcy, że zleceniobiorca nie śmiał zakłócić go żadnym dźwiękiem. Z trzaskiem zamykanych drzwi dopadły go wątpliwości.
* * *
Ulica to prawdziwe miejsce pracy detektywa. Nie biurko, zamknięte w czterech ścianach, ale pełne niebezpieczeństw arterie miasta. Ekscytująca przygoda, pełna pułapek wyprawa, podniecająca do szpiku kości gorączka nieznanego. Takie miał w głowie oczekiwania, lecz rzeczywistość okazała się brutalna: obdrapany i obsikany mur, z porozwalanymi dookoła butelkami i walającymi się resztkami jedzenia. Inna sprawa, że ciężko w okolicach śmietnika znaleźć coś bardziej zachwycającego. Wielki Prywatny Detektyw miał świadomość goniących go terminów, a najpewniejszym sposobem znalezienia na kogoś haka, było przeszukanie odpadków inwigilowanego osobnika. Można się naprawdę zdziwić, co ludzie potrafią wyrzucać. Istny przekładaniec: zużyte pampersy, uszkodzone płyty do nagrywania, porwane siatki jednorazowe, pęknięte baloniki w zaschniętej galaretce czy tekturowe pudełka po pizzy pośród połamanych mebli, uszkodzonych kineskopów oraz baniaków z bliżej nieokreśloną, cuchnącą substancją. Z zapamiętaniem przetrząsał zawartość kontenera i zapewne dlatego nie usłyszał zbliżającej się postaci. A dla swojego dobra powinien, bo są rzeczy, których boją się nawet wampiry. Na szczęście nawet w czasie tak pasjonującego zajęcia następuje nienaturalna wręcz cisza. Wystarczy wtedy odwrócić głowę, poblednąć i wyszeptać spieczonymi z przejęcia ustami:
- O kurwa. Teległupiś.
Przed detektywem stał, bacznie obserwując go, trzymetrowy wielkolud, ubrany w żółty, ściśle przylegający do ciała kombinezon. Trudno powiedzieć, co było w nim najbardziej przerażające: czy ta kompletnie zastygła, nie wyrażająca emocji twarz, czy wielkie uszy, sprawiające wrażenie, jakby słyszał wszystkie twoje zamysły, czy też anteny na głowie, powodujące zamieszanie w komórkach mózgowych. Wszyscy wiedzieli, że najgorszy był ekran znajdujący się poniżej klatki piersiowej - za nic w świecie nie wolno było w niego patrzeć! Ta szklana tafla niczym meduza wbijała się w neurony mózgu i powodowała totalne skamienienie rozumu. Jeśli ktoś już raz na nią zerknął pozostawał obojętny na wszystko: był niczym sterowany cyborg gotowy zrobić wiele, byle tylko mógł patrzeć się dalej w papkę sączącą się z przerażającego projektora.
Detektyw stał bez ruchu, wiedząc dobrze, że długo taki stan nie potrwa, bo Teległupiś w końcu ruszy w jego stronę. Zastanawiał się gorączkowo, jak może przechytrzyć tego wstrętnego potwora, ale jak na złość nie wziął ze sobą żadnego paralizatora, nie wspominając nawet o broni. W desperacji pomyślał, że mógłby go w końcu ugryźć w szyję, ale wzdrygnął się, bo tak naprawdę nikt nie wiedział, co płynie w żyłach tych paskudztw.
Monstrum wreszcie ruszyło w kierunku ofiary; jak na pokraczną fizjonomię poruszało się dość sprawnie. Wampir przyległ plecami do kontenera rozglądając się wokół, starannie unikając widoku ekranu. W zasięgu wzroku nie było niczego, co mogłoby posłużyć jako broń. Patrząc kątem oka na przeciwnika, przełożył przez krawędź śmietnika rękę, próbując namacać coś ciężkiego. Opuszkami palców dotknął plastikowego przedmiotu. Nie było czasu do namysłu, ścisnął chłodny butelkowaty kształt i cisnął nim w potwora, kiedy ten był kilka kroków od niego. Przedmiot świsnął w powietrzu – miał trafić Teległupisia w głowę, ale detektyw nigdy dobrze nie rzucał. Żeby być całkiem szczerym, należałoby powiedzieć, że rzucał fatalnie. Butelka z resztkami keczupu wylądowała prosto na ekranie. Musiała być nadpęknięta, bo resztki sosu pomidorowego rozchlapały się po projektorze, a część upstrzyła czerwonymi kroplami żółciutki kombinezon. Teległupiś złapał się z rykiem za ekran i począł wycierać z wściekłością rozmazaną breję. Wyglądał jakby dostał w bebechy i chciał zatamować krew, która po chwili była na całym ciele agresora. Wampir doświadczył przez chwilę czegoś, co można by od biedy nazwać iluminacją, kiedy zerknął na dwie atenki wyrastające z głowy potwora. Były teraz bardzo dobrze widoczne, gdyż Teległupiś zmagając się z zapaskudzonym ekranem musiał pochylić się, by śledzić efekty własnych poczynań. Detektyw wykonał skok do przodu, złapał dwa druty w obie ręce i maksymalnie je rozchylił w przeciwne strony. Olbrzym wyprostował w zaskoczeniu głowę i popatrzył przenikliwym wzrokiem na bezczelną personę, która rozstroiła mu częstotliwość. Na brzuchu nie pojawiał się już żaden obraz, powierzchnię zajmowały tylko czarno-białe pasy drgające lekko niczym fale uśpionego jeziora. Teległupiś zrobił jeszcze krok, wyciągnął dramatycznie ręce, żeby poprawić anteny i padł jak długi na ziemię. Przez kilka sekund telepały nim jeszcze skurcze, po czym zastygł bez ruchu.
Detektyw usiadł z wrażenia. Czuł jak trzęsą mu się ręce, nie mógł opanować drżenia nóg, było mu niedobrze. Żałował, że nie pali – zwykle bohaterowie jego ulubionych książek dusili stres w oparach tytoniu. On mógł jedynie zamknąć oczy i wyrównać oddech. Medytacja trwała dobrą chwilę, ale kiedy otworzył powtórnie powieki, mógł z zadowoleniem stwierdzić, że panuje w pełni nad wszystkimi kończynami.
Wstał i podszedł do leżącego na brzuchu trupa. O ile sobie przypominał, nikomu jeszcze nie udało się obezwładnić Teległupisia tak, żeby pokazać innym ludziom ciało. Ba, byli nawet tacy, którzy twierdzili, że Teległupisie nie istnieją, że to tylko bajka dla niegrzecznych dzieci! Niemniej o tym, kim mogą być te potwory krążyły legendy, niektórzy uważali ich za mutację Yeti lub Wielkiej Stopy, inni, że uciekły z czeskiego filmu, a inni (mało oryginalni), że to eksperyment szalonego naukowca. A teraz on, jako pierwszy w świecie, będzie mógł rozwiązać zagadkę. Popatrzył uważnie na denata, oglądając centymetr po centymetrze powalone ciało. Trudno było jednak dostrzec jakąkolwiek nieregularność na żółtym kombinezonie. Na plecach i nogach z tyłu nie znalazł nic, więc postanowił przekręcić zwłoki na drugą stronę. Eksploracja przodu również nie przyniosła rezultatów – detektyw zaczął już się trochę irytować. Do zbadania pozostał właściwie tylko ekran, zatem sięgnął do kieszeni po chusteczkę flanelową i przetarł ostrożnie szkło. Konstrukcja tafli nie została naruszona, aczkolwiek od upadku pojawiły się widoczne z bliska mikropęknięcia. Z lewej strony od kombinezonu odeszła ramka, która przykrywała z brzegu ekran – to mogła być jakaś szansa. Detektyw wygrzebał z kieszeni scyzoryk i po paru niezgrabnych ruchach, odgiął ją na tyle, że widoczna była jej spodnia strona. Kiedy obniżył jeszcze głowę, żeby ją dokładniej zbadać, poczuł pod palcami jakieś niewielkie wypukłości. Naciskał je ostrożnie, ale nic się nie wydarzyło. Kiedy nachylił się bardziej, by spojrzeć na nie z bliska, ułożyły się w napis: „Made In PRC”. Nie wierzył własnym oczom!
Teległupisie są sztuczne! To nie zmutowane potwory, ale cybernetyczny, azjatycki chłam! Nie kierujące się własnym rozumem olbrzymy, ale sterowane pełnym błędów programem koszmarki! To był cios w dzieciństwo: obraz mamy straszącej go Teległupisiami, kiedy nie chciał zjeść kanapki czy łyknąć lekarstwa, jawił się niczym podrzędny psychologiczny gniot. Cios w jego psychikę, bo żył w cieniu tych postaci, a okazało się, że są głupimi robotami. Zawszonymi androidami, zasmarkanymi cyborgami!
Nie wiedział, dlaczego to robi, to był po prostu odruch. Odreagowanie stresów nagromadzonych przez całe życie. Nagle to monstrum w żółtym kombinezonie zaczęło uosabiać wszystkie lęki i frustracje, których z powodu odebranego wychowania nie mógł nigdy z siebie wyrzucić. Zaczął kopać bezwładne ciało, gdzie popadnie: w brzuch, w nogi, w głowę. Był bezlitosny w swoich razach, ciął na oślep, dlatego nie zauważył, że jeden z kopniaków trafił przypadkowo w antenę. Coś zaiskrzyło, na ekranie pojawiał się i znikał obraz jakiegoś batonika, zaś Teległupiś mamrotał coś niewyraźnie. Wampir natychmiast skojarzył fakty i nie dość, że zaprzestał maltretowania ciała potwora, to jeszcze wziął nogi za pas. Ciekawość kazała mu przystanąć za załomem w bezpiecznej odległości. Teległupiś ocknął się, wstał bardzo powoli i niepewnie na nogi, rozejrzał się dookoła, jakby przypominając sobie, co robi w tej okolicy, a potem ruszył w drogę kuśtykając na prawą nogę. Odbiornik co chwila trzeszczał przerywając raz po raz głos kobiety zachwalającej tampony firmy (zakłócenie).
* * *
Tego było już dla Wielkiego Prywatnego Detektywa za wiele. Nie dość, że przeżył w ciągu dwu ostatnich dni znamienne wizyty, które nadszarpnęły psychikę drastycznie, to bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Teległupisiem powiększyło traumę i przelało w nim czarę goryczy. Był zdeterminowany i postanowił udać się do Siewcy Moralnego Niepokoju, by wygarnąć mu to i owo. Fakt, że było to jego pierwsze zlecenie, nie oznaczał automatycznie chęci upodlenia dla pieniędzy. Miał w końcu honor i godność. Wrócił do domu, wziął prysznic, przebrał się i ruszył ponownie w miasto z silnym postanowieniem wycofania się z prowadzonej sprawy.
Szedł pewnie, parł do celu niczym plemnik w płodny dzień, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Chciał zakończyć dochodzenie – może nawet zrezygnować z zawodu wybranego w stanie niczym nieuzasadnionej euforii. Wszedł już na ulicę, gdzie mieszkał zleceniodawca. Była mocno rozświetlona, bo tutaj w przeciwieństwie do innych miejskich dróg działały wszystkie lampy, których klosze nie zostały w pieszczotliwy sposób potraktowane kamieniami. Wampir nie spodziewał się o tej porze nocy nikogo i właśnie dopiero teraz dotarł do mózgu absurd pomysłu. Przecież Siewca teraz śpi! Jak mu oznajmi swoją decyzję? Nie obudzi go przecież w środku nocy.
Pod wpływem tych myśli zwolnił i już brał zakręt w lewo, gdy nagle zobaczył ludzką sylwetkę. Instynkt kazał mu się cofnąć i schować za załom muru. Odczekał chwilę i ostrożnie wysunął głowę. Środkiem drogi szła kobieta i targała ze sobą związaną sznurkiem paczkę. Wyglądało to na gazety, ale detektyw nie miał pewności. Za to postać widziana od tyłu wydała mu się dziwnie znajoma.Przypomniał sobie damską sylwetkę, którą widział ostatnio z takiej perspektywy i ciałem wstrząsnął słodki dreszcz. To była siostra Siewcy Moralnego Niepokoju. Wampira zdziwiła pora, w której kobieta spaceruje, bez towarzystwa, po ulicy. W pierwszym odruchu swojej dobroci chciał podbiec do niej i pomóc nieść jej ładunek, ale coś kazało mu się zatrzymać. Intuicja podpowiadała, by śledzić tę dziwną istotę i zobaczyć dokąd się udaje.
Wampir bezszelestnie skradał się za przedstawicielką płci pięknej nie pozwalając jej ani na chwilę zniknąć z oczu. Miał trochę problemy z koncentracją, bo obserwowana, nawet w takiej chwili, zalotnie kręciła pewną częścią ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Ale dzielnie wytrwał do momentu, kiedy kobieta pchnęła furtkę i znalazła się na podjeździe prowadzącym do piętrowego domku, którego niewyszukana bryła ledwo odcinała się od krajobrazu nocnego nieba. Odczekał moment, aż zniknęła w drzwiach domostwa, po czym sprawdził sztywność i wysokość ogrodzenia, by po wykonaniu efektownego skoku, wylądować na trawniku po drugiej stronie. Szybko przemierzył kilka kroków w stronę drzewa, gdzie znalazł tymczasowe schronienie oraz możliwość zlustrowania okolicy. Zauważył, że mimo późnej pory, jedno z okien na poziomie piwnicy sączyło przez wąski otwór niewielkie światło. Wampir przebiegł kilka kolejnych kroków i przywarł do muru budynku. Następnie odczekał minutę i wychylił się ostrożnie by zobaczyć, co kryje w sobie tajemnicze pomieszczenie za niezbyt czystą szybą.
Mimo bardzo późnej nocy za biurkiem tkwił Siewca Moralnego Niepokoju. W jego prawej dłoni co jakiś czas błyskały nożyce pozbawiając maltretowane gazety cechy jaką jest zwartość. Pojedyncze znaczki lądowały na blacie obok czerwono-białej tubki i czystej kartki papieru. W mózgu detektywa zagrały tajemnicze nuty „tadaa” i nastąpiła iluminacja, doszedł go zapach znajomych perfum, a potem wszechogarniająca ciemność.
* * *
Świadomość powracała bardzo powoli, jakby musiała się wtłoczyć na nowo w rzeczywistość. Najpierw zapragnęła poruszyć ręką detektywa i poczuć obicie sufitu. Potem ta sama dłoń namacała kolejne ściany i okazało się, że wszystkie są na jej wyciągnięcie. Świadomość zapragnęła skonfrontować zebrane wiadomości i otworzyła oczy wampira. A potem z prędkością światła przesłała informację do mózgu o treści: „Pogrzebali mnie żywcem!”.
Detektyw zaczął opętańczo walić rękoma w wieko. Tyle razy czytana scena rodem z horrorów stała się teraz rzeczywistością. Głos próbował przebić się przez warstwy ziemi i przywołać przyjazną duszę, najlepiej z saperką bądź łopatą, bo czas umykał nieubłaganie. Jednak nikt nie nadchodził; wołanie o życie było daremne: nie ściągnęło żadnego szpadla czy choćby plastikowej łopatki do piaskownicy. Przyjdzie mu umrzeć z braku tlenu, w kwiecie wieku, wśród jakichś gratów. Co mu wrzucili do trumny? Gaśnicę, trójkąt ostrzegawczy i apteczkę? Ostatni przedmiot to był szczyt sarkazmu!
Świadomość popatrzyła bystro na zgromadzone rzeczy, dołączyła ledwo słyszalny warkot, otworzyła kilka synaps blisko ośrodka odpowiedzialnego za kojarzenie i bezgłośnie szepnęła: „Bagażnik samochodu!”
Ciało wampira podskoczyło wraz z dawką nadziei wsączoną w serce. Sytuacja poprawiła się nieznacznie: wiedział, że podróż w tym miejscu auta to wstęp do skrojenia do garnituru z dębowych desek. Nie wiedział, kto go tak urządził; musiał się jednak jakoś przygotować i spróbować zaskoczyć oprawcę. Trójkąt ostrzegawczy odpadał – mógł nim najwyżej oślepić przeciwnika; apteczka również wydawała się nieodpowiednia z powodu nieporęczności – pozostawała gaśnica. Mógł ją objąć dłonią i była wystarczająco ciężka. Warto spróbować. Chłód metalu wprawił go w dziwny stan odrętwienia i uspokojenia – niewiele brakowało, a przegapiłby moment zatrzymania samochodu.
Nie słyszał żadnych kroków, klapa otworzyła się gwałtownie, wpuszczając do wnętrza rozrzedzony mrok nocy. Detektyw cisnął przed siebie ciężki przedmiot, ale źle obliczył (prawdę mówiąc, nic nie liczył) tor lotu i gaśnica grzmotnęła w klapę, odbiła się, a następnie rykoszetem trafiła w nogę rzucającego. Właściciel urażonej kończyny syknął z bólu, ale umilkł dość szybko, widząc skierowaną w swoją stronę lufę pistoletu.
- Wyłaź – po głosie poznał Siewcę Moralnego Niepokoju.
Wampir, uważając na bolącą nogę, wygramolił się z bagażnika. W tym momencie pojął, dlaczego odejmują punkty w rankingach niektórym samochodom za wysoki próg załadunku. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, okazało się, że stoją na środku leśnej polany, którą przecinała udeptana droga, a z dwóch stron otaczały ją gęste zarośla. W dalszym planie wystrzeliwały w górę drzewa, które przesiewały światło księżyca. W tym półmroku twarz Siewcy nabierała szczególnego wyrazu. Wszystkie zastawki świata zaprzestałyby pracy w tym momencie. Kwadratowe oblicze na tle tarczy jedynego satelity Ziemi stanowiła wyraźny kontrast.
- I co teraz powiesz, cwaniaczku?
- Dlaczego?
- Dlaczego i dlaczego! Nie stać cię na coś nieszablonowego? To bardzo proste, ale taki wynaturzeniec jak ty ma problem z używaniem szarych komórek. Jesteś odszczepieńcem, nieudacznikiem, popaprańcem! Nie powinieneś się urodzić! Kalasz swoim istnieniem ludzką rasę! Plugawisz nazwę „człowiek”, jesteś wrzodem na tyłku społeczeństwa. A ja zostałem powołany do tego, by strzec jego czystości i żeby eliminować takich degeneratów jak ty. Jedno precyzyjne cięcie chirurga ludzkości i organizm będzie zdrowszy.
- Ale co ma z tym wspólnego Mistrz Ciętej Riposty?
- Chciałem go przy okazji pogrążyć. Ale założenie, że możesz zebrać kompromitujące go materiały było przejawem czystego, niczym nieuzasadnionego optymizmu z mojej strony. Będę musiał poszukać lepszego wykonawcy, który położy na moim biurku materiały, a one staną się gwoździem do trumny tego zarozumialca. A twoją misję uważam za skończoną.
- Co pan zamierza uczynić?
- Z tobą? Unicestwienie – tylko na to zasługujesz!
- Nie może mnie pan zabić. Zostanie ciało, będzie śledztwo i na pewno pana posadzą!
- Nie nie, cwaniaczku. Nie sądzisz chyba, że jestem takim idiotą. Stań pod tym drzewem.
Wampir zrobił dwa kroki w tył i przylgnął do pnia plecami. Siewca, nie przestając celować z pistoletu, schylił się po sznur leżący nieopodal samochodu. Po chwili, kilkoma wprawnymi ruchami przywiązał swoją ofiarę. Odsunął się odrobinę i uśmiechnął się, oceniając swoją pracę.
- Co pan chce przez to osiągnąć?
- Wiesz gdzie jesteśmy? W lesie wampirów.
Detektyw drgnął. Mimo, że sam należał do tej nacji, nie oznaczało, że był bezpieczny.
- A jeśli żaden cię nie znajdzie, to nastanie świt. I będziesz narażony na działanie słońca. Nie zostanie po tobie żaden ślad. Jak widzisz, ubezpieczyłem się na wszystkie strony. Mnie nikt o nic nie posądzi.
Sięgnął do kieszeni i z wyciągniętej chusteczki skonstruował knebel. Wepchnął go w usta detektywa, a następnie zakleił taśmą, którą wydobył z drugiej kieszeni.
- No, to byłoby na tyle. Miło było poznać!
Po chwili z polany odjechał samochód, a on pozostał sam jak palec, unieruchomiony – zdany na łaskę losu. A w zasadzie na łaskę wampirów i słońca. Noc w lesie zawsze go przerażała. Co innego miasto, które emanowało sztucznym światłem rozświetlającym mrok. Tutaj miał do dyspozycji jedynie światło księżyca, które zamiast poprawiać widoczność, dawało jeszcze większe poczucie zagrożenia: przez swoją niedoskonałość tworzyło półmroki i półcienie, gdzie szalała wyobraźnia, powodując miraże wzrokowe. Pobliskie krzaki jawiły się siedliskiem niesamowitych stworzeń, które tylko czekają na odpowiednią chwilę, by zaatakować. Na drzewie można było zauważyć ogromną sowę, o wiele za dużą jak na przedstawiciela tego gatunku. Ciekawe, jakie zwierzęta padają jej łupem? A może nie zwierzęta tylko zbłąkani wędrowcy? Albo przywiązani do drzewa nieszczęśnicy, oczekujący na wyrok, skupiający się na chwili, kiedy skrzydlaty potwór wyrwie mu żywcem wątrobę? Ale Prometeusz posiadał niesamowite zdolności regeneracyjne obce wampirom. Jakie to uczucie, kiedy ptak wbija ci w brzuch swój dziób, a potem zagłębia się, by znaleźć najkrótszą drogę do przewodu pokarmowego?
Z odrętwienia wyrwało go poruszenie w najbliżej położonych krzakach. Ktoś tam był. I nie ulegało wątpliwości, jakie mógł mieć zamiary. Gałęzie rozchyliły się i skulona sylwetka zaczęła skradać się ostrożnie w kierunku drzewa z unieruchomioną ofiarą. Księżyc zaszedł za jakąś chmurę i polanę oblała ciemność. Detektyw wiedział już, że to ostatnie chwile jego życia. Jeśli wampir ugryzie człowieka, ten ostatni dołącza do grona następców Drakuli, jeśli zaś ofiarą wampira jest drugi wampir, to ugryziony umiera. Skrępowany próbował się miotać, ale węzły trzymały go mocno. Przez knebel mógł przedostać się tylko bełkot. Wielkie zębiska były coraz bliżej; chmura odsłoniła księżyc, w którego świetle szkliwo połyskiwało refleksami jak srebrna kula na dyskotece. Ostatnie rozwarcie szczęki, ostatnie tchnienie życia...
- Mordokłap, stój!
Atakujący zatrzymał się w połowie drogi do ofiary.
- No czo jeszt?
Zza krzaków wyszła druga postać.
- Nie widzisz, że swój?
- Czo ty bibszysz?
- No przyjrzyj się uważnie. - Drugi wampir zrównał się ze swoim kompanem – Przecież to Wielki Prywatny Detektyw!
Zgrabnym ruchem ręki zerwał z ust uwięzionego plaster. Po całym lesie rozniósł się ryk, który można porównać tylko z pierwotnym zewem natury.
- Jogudzul, co ty tu robisz?
- A tak szwendam się z kolegą po lesie. Tak przy okazji, to jest Mordokłap.
Detektyw skinął nieznacznie głową w stronę swojego niedoszłego kata. Wyglądał przerażająco, nie dość że wampir, to jeszcze miał wywichniętą dolną szczękę, która co jakiś czas opadała bezwładnie.
- Kto cię tak urządził?
- Siewca Moralnego Niepokoju.
Mordokłap na dźwięk wspomnianego imienia splunął sążniście, wzbogacając dość istotnie zawartość ściółki leśnej.
- Złomasz kutany. Chołełny konszełwatyszta.
- I tu masz świętą rację, Mordokłap – Jogudzul zawzięcie zmagał się ze sznurem – tylko liberalizm jest w stanie uratować świat przed zagładą.
- Słali muszki – Mordokłap nie dawał za wygraną – łybelałyzm to łospasana wolnoszcz.
- Poczytaj mądralo Johna Stuarta Milla.
- Szam szobie poczytaj. Mill wedzał, że łybelałyzm czeszto płowadzi do dyktatuły wiekszoszczi.
- Ale oprócz tego, że zauważył pewną nieprawidłowość, to jeszcze znalazł rozwiązanie. Wolność zgromadzeń, zakaz cenzury, zakaz prześladowania mniejszości – ostatnie słowo zostało mocno zaakcentowane – proporcjonalne wybory, niezależny korpus urzędniczy i prawo antymonopolowe. Toż to podwaliny dojrzałej demokracji.
- Mill to pikusz. Szczongał od Comte’a i Locke’a. A poza tym popełał femynystki.
- Każdemu się może przydarzyć błąd. A co masz lepszego do zaoferowania? –dyskusja stawała się coraz bardziej gorąca. Uwolniony detektyw próbował ją przerwać, ale poza robieniem wiatru rękoma nic nie osiągnął. – Lewacy to przeszłość!
- Niepławda. Naukofy szoczjalyzm to przyszłoszcz!
- Próbowali już wprowadzić w życie te brednie Marksa. I co im wyszło?
- Bo wpłowadżili nie tak. Były wypaczena.
- Nie przekonasz mnie Mordokłap. Liberalizm to jest to!
- Łybelałyzm wałsztwowy.
- Pierwszy raz słyszę. Co to takiego?
- Wałsztwa żemy, wałsztwa łybelałów, wałsztwa żemy, wałsztwa łybelałów...
Dyskusja została bardzo gwałtownie przerwana zgoła innymi argumentami niż dotychczas. Detektyw chciał ochłodzić gorącą debatę, ale kiedy oberwał w kolano, zrezygnował. Usiłował jeszcze podziękować za uratowanie życia, ale machnął ręką. Odszedł z polany, która miała stać się jego grobem. Poszedł planować zemstę. Zemstę zza grobu. A właściwie sprzed grobu.
* * *
Zemsta zacierała ręce w zachwycie, kontemplując rozmach planowanych posunięć, gdy nienawiść nie miała jeszcze okazji wystygnąć. Ponieważ Zemsta należała do gatunku pasożytów, musiała znaleźć formę zachęty, na tyle kolorową i bajeczną, by otworzyła drzwi każdego, nawet najbardziej odpornego, umysłu. I pierwszym łupem zawsze podała wyobraźnia, niemająca żadnego problemu z tworzeniem na zamówienie dowolnych barw, dźwięków, zapachów. Imaginacja w służbie Zemsty podsuwała obrazy godne pierwszych inkwizytorów, wypełnione słodkimi jękami skazanego na tortury oponenta, uderzająca w nozdrza wonią krwi. Wymyślność hipotetycznych cierpień przyprawiała o zdumienie. Ale w wielu przypadkach, mimo tych przebiegłych działań, Zemsta pozostawała bezradna jak niemowlę – prędzej czy później przychodziła bolesna konfrontacja z rzeczywistością i plany pozostawały tylko planami, nie mając szansy na bezbolesny poród. I z tak błahego powodu braku pożywki pasożyt umierał, choć bardziej obawiał się szczepionki pod postacią moralności. Jak mawiają: „kto wyobraźnią wojuje, temu w końcu jej zabraknie”.
Wielki Prywatny Detektyw pożegnał się z euforią na dość wczesnym etapie układania wendetty. Nie miał nic, poza swoimi słowami, przeciwko Siewcy, w dodatku stał zbyt nisko w hierarchii społecznej, by jego zemsta miała jakąkolwiek moc sprawczą. Rozpierała go energia, był gotowy do działania, lecz bezsilność hamowała wszystko skutecznie. Trzeba było z kimś podzielić się tym silnym pragnieniem, z kimś, kto nie lubił Siewcy i kto mógł znacznie więcej. I myśli naturalnie pobiegły ku jedynemu człowiekowi, który spełniał te wymagania.
Siedział w eleganckim gabinecie Mistrza Ciętej Riposty. Właśnie zrelacjonował swoje przygody z kilku ostatnich dni i oczekiwał reakcji gospodarza. Ogorzała twarz rozmówcy nie wyrażała żadnych uczuć, a przynajmniej nie były one widoczne. Nie przerywał historii wampira ani słowem. Po przemowie detektywa zapadła krępująca cisza.
- O, w mordę! – Komentarz Mistrza był równie celny, co soczysty – Mówisz pan, że Siewca zbiera na mnie kompromitujące materiały? To wampiry są teraz zagrożonym gatunkiem! – Rechot odbijał się od ścian ewoluując w kierunku żabiego skrzeczenia tuż przed ejakulacją.
Detektyw chrząknął, jakby chciał przypomnieć, że należy do nacji, którą niedługo zaopiekują się ekolodzy. Mistrz zakończył swój płazi dźwięk wysokim c szlachtowanej świni.
- No, ale mamy drobny problem. Rozumiem, że nie ma pan żadnych dowodów, ani świadków na swoje słowa.
- Jogudzul i Mordokłap.
- No tak, ale to wampiry! Bez urazy, ale kto im uwierzy? I który sąd dopuści do nocnej sesji, by mogli w ogóle zeznawać?
- To może zastosować metodę prowokacji?
- Podstawić kolejnego wampira detektywa i czekać aż go wynajmie Siewca Moralnego Niepokoju?
- Niekoniecznie. Proszę pamiętać, że wampiry tworzą swoistą społeczność i rozesłanie wiadomości wśród nich o istnieniu niebezpieczeństwa odbyłoby się bardzo sprawnie. I na pewno nie czekalibyśmy długo na odzew.
- A co, jeśli Siewca wybierze teraz gnoma, strzygę, trolla albo goblina?
- To też da się zorganizować. Proszę pomyśleć, ile mniejszości byłoby panu wdzięcznych. A to się opłaci przy następnych wyborach.
- Bez urazy, ale to bardzo niewygodne mniejszości...
- A pogrążenie Siewcy? Miałby go pan z głowy.
- Czy pan naprawdę sądzi, że chcę się go pozbyć? Nie jestem taki głupi!
- Przecież go pan nie cierpi! A za próbę zabicia wampira mógłby stanąć przed sądem pięciominutowym.
- Ależ ja nie chcę, żeby go skazali! Na kogo bym zganiał wszystkie swoje niepowodzenia? A jeśli usunę go z drogi, przyjdzie następny, którego nie znam. A w polityce nie ma nic gorszego niż nierozpoznana opozycja. Nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać. A Siewcę znam lepiej niż swoją kieszeń. Mam gotowe riposty na każdą jego wypowiedź!
Detektyw poczuł silne przygnębienie. Wszystko na marne! Ktoś chciał go skrzywdzić i nie dość, że nie można go postawić przed sądem to jeszcze niemożliwa jest zemsta. Gdzie tu sprawiedliwość? Zawiedziony chciał już wstać z fotela, gdy mistrz powstrzymał go ruchem ręki.
- Zaraz. Nie powiedziałem, że skończyliśmy.
Wampira dopadły wątpliwości. Myśl, że Mistrz Ciętej Riposty i Siewca Moralnego Niepokoju są w zmowie zmroziła go do szpiku kości. Czuł, że trafił na ślad większego spisku, którego korzenie sięgały bardzo głęboko. Szkoda tylko, że nie będzie miał okazji go do końca odkryć...
- Jak pan wie, tydzień temu rozpoczęły się rozmowy koalicyjne z moim udziałem. Zaproszone moje ugrupowanie, żeby uzyskać większość potrzebną do zmiany konstytucji. W zamian uzyskałem kilka ministerstw, które mogę obsadzać swoimi ludźmi.
- Po co mi pan to mówi?
- Cierpliwości. Coś pan taki w gorącej krwi kąpany? – Znowu zarechotał – Rozumie pan? Wampir we krwi kąpany...
Detektyw pozwolił wyśmiać się gospodarzowi. Przy okazji pojął, że ktoś, kto nadał mu przydomek Mistrza Ciętej Riposty, dał upust swojej wybujałej wyobraźni i sarkazmowi.
- Wracając ad rem. Mam pomysł jak odwdzięczyć się panu za lolal..., jolal..., za wierność i przy okazji dokuczyć Siewcy. Otóż dostał mi się Wywiad i Kontrwywiad i chciałbym zaproponować panu pracę w roli agenta.
- Mnie? Przecież ja nie mam żadnych kwalifikacji!
- I co się pan przejmujesz? Ludzie na wyższych i poważniejszych stanowiskach nie mają, a jakoś kraj nam się nie zawalił. Napiszę panu referencje i sprawa załatwiona.
- A co ma do tego dokuczenie Siewcy?
- Nie rozumiesz pan? Przecież on walczy, żeby wyplenić wampiry do zera, a tu się okaże, że jeden z nich pracuje dla rządu. Przecież go szlag trafi i vice versa.
Twarz detektywa była mieszanką zdumienia, zaskoczenia, zadowolenia. Oddalał od siebie chęć jakiegokolwiek zrozumienia sytuacji. Czuł się, jakby znalazł pijalnię wód mineralnych na środku wielkiej pustyni i nie był to miraż. Tu się nie ma co zastanawiać, tylko trzeba korzystać z okazji.
- No, ale my tu tempus fugit, a czas płynie. Decydujesz się pan?
- Tak – detektyw, przepraszam agent, wyciągnął dłoń do przypieczętowania umowy. Dzięki niej powstanie pierwszy w świecie wywiad z wampirem.