polskihorror.pl
strona główna
Michał Matuszewski Czysty zysk
Opowiadanie wyróżnione w konkursie DANSE MACABRE
Andrzej był typowym przedstawicielem grupy najbardziej zblazowanych biznesmenów, jacy stąpają po ziemi. W jego wyglądzie nie dziwiło nic, od czarnych, starannie wypucowanych przez służącą butów, poprzez spodnie postawione w kancik, marynarkę zapiętą mimo upału, gustowny i wymownie drogi krawat, do twarzy – srogiej i niezbyt inteligentnej, przywołującej na myśl jedynie najgorsze ludzkie instynkty.
Wszyscy, co do jednego, wyglądają jak klony, ci w tramwajach, ci w samochodach, na ulicy, w knajpie, w biurze, mężczyźni, którym mamy zamiast bajek czytały złote myśli Sun Tzu. Zamiast grać w piłkę, chłopcy owi zapewne uczęszczali na pozalekcyjną gimnastykę korekcyjną, aby w dorosłym życiu trzymać postawę człowieka, który łyknął kij od szczotki.
Andrzej nie wyróżniał się w żaden sposób, jednak praczki przyglądały mu się z niekłamanym zaciekawieniem. Babki nie mogły skupić się na bieliźnie, co i rusz zerkając na tego nowo przybyłego mężczyznę, który – jakby nie mogąc uwierzyć w istnienie takich rzeczy – z miną szatana usiłował zetrzeć z butów krowie gówno.
W jednej ręce wiecheć trawy, w drugiej komórka. Tarł, raz po raz przecierając sperlone potem czoło, gestykulował i wykrzykiwał jakieś niezrozumiałe słowa. Babki też tarły, piana spływała w dół strumyka, chichotały, puszczały w obieg wieloznaczne uśmiechy, jakby zwyczajny biznesmen Andrzej był czymś naprawdę niezwykłym.
W pewnym momencie usiadł na zwalonej wierzbie, rzucił zapaprane źdźbła trawy i z ponurą miną wrzasnął w stronę kobiet. „Wynocha!”. „Przeszkadzacie mi, poszły precz”. Kobiety szybko oddaliły się, zostawiły balie z wodą, zostawiły brudne ubrania. Wrócą, jak panu troszkę przejdzie.
Równym rządkiem odeszły w stronę zabudowań, zniknęły za podniszczonym murem okalającym mały pałacyk. Andrzej odłożył telefon i westchnął.
Było południe. Słońce świeciło wysoko na niebie, chłopi na polu po drugiej stronie strumyka właśnie zabierali się za śniadanie, wybrawszy najbardziej zacienione miejsce pod drzewami.
W powietrzu wirowały wielozapachowe pyłki, bzyczały pszczoły i bąki, w trawie cykały świerszcze. Zdawało się, że w tej wsi czas stanął w miejscu. Wystarczyło spojrzeć na rozklekotany, pokryty mchem mostek prowadzący nad rzeczką. Czas zatrzymał się w śpiewie ptaków, w kłosach żyta, w tętniącej życiem przyrodzie. W murach dworku, który wyglądał tak samo, jak trzysta lat wcześniej.
Chłopi odziani byli w lniane, nieco zbyt obszerne koszule, mieli kosy, gdzieś z boku stał koń. Zdawałoby się, że człowiek zdążył postawić nogę w każdym zakamarku ziemi, ale tutaj, w tym konkretnym miejscu niebo wciąż było błękitne, nikt nawet nie myślał o zamianie zwykłego konia na jego mechaniczny odpowiednik, gdzie nie było pralek, ani gazu. Gdzie powietrze pachniało tym, czym powinno, a nie freonem, ozonem, czy rafinowaną ropą.
Andrzeja strasznie to wkurwiało. Te dróżki z piasku, te owady, brzęczące i niespokojne. Ci ludzie, którzy robią sobie „lunch” w środku dnia, bez wyraźnej przyczyny, zamiast pracować. Wreszcie idiotyczny miejscowy żargon.
Jadąc do Potoku Andrzej rozwalił sobie zawieszenie. Wjechał w polną dróżkę, przyzwyczajony do asfaltowej nawierzchni depnął na gaz, a jego Passat ze zgrzytem odmówił dalszej współpracy.
Zewsząd pola, znikąd pomocy. Pod krawatem, w laczkach, przeszedł trzy kilometry, wrócił również pieszo, razem z miejscowym kmieciem i sporych rozmiarów koniem. Chwilę później zwierzę przytroczono do zderzaka za pomocą powrozu, i samochód ruszył powoli, podskakując na wertepach.
Jakby nie było dość marszu, żona dokuczała mu ciągłym utyskiwaniem. „A po co, a dlaczego, co robiłeś, co tak długo, jaki obrzydliwy koń”.
Im dalej w las tym więcej drzew. Po dwóch dniach buty Andrzeja zdążyły obesrać chyba wszystkie domowe zwierzęta. Utytłał je w błocie złożonym z kaczych, kurzych, gęsich, ogólnie drobiowych odchodów. Odlał się na nie kot, wielki i spasiony, który pewnie nie był by w stanie dogonić nawet jeża. Następnie wdepnął w pozostałości po końskim i krowim posiłku.
Noce trzeba spędzać pod puchowymi pierzynami, bo oczywiście ciotka Anastazja nie słyszała o hipoalergicznych tworzywach sztucznych. Pyłki, sierść, pierze, Andrzej miał przy sobie całą aptekę, a mimo to każdego ranka budził się z zapuchniętym, mokrym od smarków nosem. Budził się cały mokry, oczywiście na zadupiu nikt nie słyszał również o klimatyzacji, nie mówiąc już o prądzie.
Do tego wszystkiego dochodziła świadomość, że w tym domu, dokładnie piętro nad pokojem gościnnym, jeszcze kilka dni wcześniej leżał trup ciotki. Andrzej miał wrażenie, że zgniły zapach dalej nie wywietrzał.
No i nie było zasięgu. Jedyne miejsce zdawało się być w okolicy gromadnych spotkań babsztyli piorących na średniowieczną modłę tygodniowe brudy.
Andrzeja wkurwiało również to, że – jak już zostało wspomniane – nie różnił się niczym od sobie podobnych biznesmenów. Gdyby był inny, może jego firma nie stoczyłaby się do rynsztoka, a on nie musiał by siedzieć na jakimś odludziu, w małej wsi Potok, w posiadłości swojej zmarłej ciotki.
Jeszcze dwa tygodnie wcześniej jej śmierć jawiła się niczym dar z nieba. Jednego dnia stracił firmę i zyskał spory spadek, dzięki któremu nie utonął w szambie długów. Nawet przeprosił w duchu starą Anastazję, którą do tej pory – jeśli w ogóle o niej wspominał – określał mianem „bardzo dalekiej rodziny ze wsi”. Notariusz powiedział, ubrawszy wszystko w piękne słowa, że jako jedyny spadkobierca Andrzej odziedziczył posiadłość, kilkadziesiąt hektarów ziemi, jezioro, oraz kilkanaście zabudowań gospodarczych w miejscowości Potok, skąd wywodziła się jego rodzina. Żyć nie umierać, sprawdza się motto, że kiedy Pan Bóg zamyka drzwi, otwiera również okno.
Kiedy przyjechał na miejsce okazało się, że odziedziczył trochę pól, stary młyn, stodołę, zarosłe trzcinami bajoro, ruderę bez gazu, prądu i bieżącej wody, oraz dwa tuziny wiernych i oddanych chłopów, którzy od pokoleń otaczali jego rodzinę „opieką”. Boże okno było otwarte, zładowało się jednak bardzo, bardzo wysoko.
Andrzej posiedział jeszcze chwilkę nad strumykiem. Nad uchem brzęczały mu pszczoły, w trawie ćwierkały świerszcze, a chłopi po drugiej stronie mostu zaczęli zbierać się do pracy. Słońce świeciło nie mniej mocno, niż pół godziny wcześniej. „Kto by pomyślał?” zastanowił się na głos.
Wszystko wali się na głowę, odziedziczona po ciotce szansa na uniknięcie bankructwa stała się jednocześnie gwoździem do trumny. Tutaj nie starczy zwykły remont. Całą okolicę należy sukcesywnie odchamić.
Mimo tego kurort powstanie. Turyści, cała ta zgraja idiotów, którym wydaje się, że wiejskie wczasy to jest właśnie to, przyjedzie do Potoku. Zobaczy wiekowy, odnowiony dworek. Zobaczy kąpielisko, przystrzyżone pola i ładnych chłopów. I zostawi tutaj pokaźną cząstkę swojego portfela.
Wchodząc do domu, pełen zapału i dobrej woli, skrzętnie ominąwszy dołek wypełniony pierzem i odchodami kaczek, Andrzej poślizgnął się po raz kolejny na minie zostawionej przez Burka.
***
Jak zwykle obudziło go pianie koguta. Spojrzał na zegarek, była szósta rano. Wbrew zabobonom domowe ptactwo nie miało wbudowanego budzika. Ptak piał dokładnie wtedy, kiedy mu się chciało, a słońce nie miało nic do tego. O piątej, o siódmej, zawsze zbyt wcześnie. Andrzej podrapał się w spocone plecy, spojrzał z wyrzutem na żonę i spróbował zasnąć.
Chciał odwlec jak najdłużej moment, w którym trzeba wstać. Nie chciało mu się siedzieć nad potokiem z telefonem przy uchu. Nie chciało mu się załatwiać wszystkich tych rzeczy, które załatwić trzeba było. Nie chciało mu się jeść śniadania pod czujnym okiem gosposi wyglądającej jak baba jaga. Nie chciało mu się wreszcie słuchać żalów Anety. Odwrócił się na drugi bok, spojrzał za okno. Było jasno. Ktoś krzątał się po kuchni, brzęczały garnki, raz czy dwa stuknęła o stół drewniana łyżka.
Jakiś czas później obudził go odgłos wiadra drącego dnem o cembrowinę studni. Zgrzyt żurawia i plusk wody. To przypomniało o konieczności załatwienia własnych fizjologicznych potrzeb.
Wstał ostrożnie, nie chcąc zbudzić żony. Anecie ani trochę nie przeszkadzała pierzyna, zakryła się nią aż po końce czarnych włosów, nie zostawiła nawet szpary na twarz. Z dwojga złego wolała dusić się pod kołdrą, niż wysłuchiwać ujadania domowego inwentarza.
Andrzej, wciąż przecierając oczy, przekroczył próg pokoju. W korytarzu jak zwykle było duszno i wilgotno. W zimie, pomyślał, musi tu być pieruńsko zimno. Cała ta wilgoć z zewnątrz sączy się przez spękane ceglane ściany, aż dziw, że ciotka zmarła tak późno.
Na myśl o ciotce wzdrygnął się. Wszedł do łazienki, która wręcz odpychała standardem. Kiedyś żeliwne wanny może i były stylowe, czy też nawet luksusowe, ale w świecie wszechobecnej ceramiki Andrzej nie mógł znieść widoku ustawionej na czterech nóżkach, małej wanienki. Jak można nie zabudować wanny? Całe to plugastwo, pająki, pluskwy, wszystko co żyje i lęgnie się w wilgotnych ciemnościach siedzi tam, przyssane do dna, niby brzucha jakiejś martwej kreatury i aż pęcznieje z radości.
Pająki, tak – Andrzej spojrzał na sufit w trakcie oddawania moczu. Pająki, kręciły się pod sufitem, snuły sieci, w pajęczynach spoczywały setki zmumifikowanych, pustych pancerzyków much.
Wszystko trzeba będzie wymienić – pomyślał. Przyjdzie się z młotem i wywali tą wannę, ściany, stare kafle. Zerwie drewniane podłogi i wstawi panele stylizowane na drewno, w końcu są dużo trwalsze.
Trzeba będzie zainwestować, ale pieniądze się znajdą. Jeśli dalej tak pójdzie, to od przyszłego miesiąca da radę zacząć remont, kupi materiały, sprzeda dom w Warszawie i na stałe wprowadzi się do przyszłego kurortu.
Tak jak wszystkie własne pomysły, ten podobał mu się z każdym dniem coraz bardziej.
Wymył ręce w niezbyt czystej umywalce i wyszedł na dwór. Mały spacer przed śniadaniem, kiedy słońce jeszcze niezbyt mocno świeci. Było koło dziesiątej.
Stojąc na progu wziął się pod boki i pokiwał głową z niedowierzaniem. Kaczki dreptały w kółko, zdawało się, że nie robią nic innego, tylko wciąż powiększają błotniste bajorko, w jakim przyszło im żyć. Burek darł mordę na kota, a rzeczony kot mając więcej rozumu miał go głęboko gdzieś. Pies szarpał łańcuch, kot lizał łapkę metr od niego.
Trzeba będzie tego psa oddać. Albo uśpić. Komu potrzebny taki durny zwierzak? Andrzej ruszył podwórkiem, skrzętnie omijając zwierzęce odchody. Wyszedł na piaszczystą dróżkę prowadzącą gdzieś wzdłuż pola. Rolnicy już pracowali, w powietrzu słychać było tylko metaliczny świst kos.
Pola znikną, to pewne. Wierzby znad strumienia też. Diabli wiedzą jakie plugastwo w nich siedzi, wpół spróchniałe, spleśniałe pnie – raj dla os, stawonogów i bakterii. Jak ma być tu sad, to nic nie może mu zagrozić. Szedł, co jakiś czas się oglądając na wschodnią ścianę dworku. Oczami wyobraźni rysował drzewa, brukowane ścieżki, białe ściany, gustowną dachówkę. Pieniędzy ze spadku powinno wystarczyć.
Doszedł do ściany lasu i postanowił wrócić. Rzucił jeszcze tylko okiem między pnie. Wiekowe drzewa poruszały się lekko w rytm podmuchów wiatru, gdzieś w gąszczu klekotał dzięcioł. Andrzej widział już głupich turystów, którzy z zapałem rzucą się na grzyby.
Zamyślony, rozmarzony wrócił do domu. Na progu krzątała się gospodyni, po chwili znikła we wnętrzu. Andrzej ominął błotne bajorka i zadowolony z siebie, nagle, wdepnął w coś mokrego i śliskiego.
Noga uciekła do przodu, ale złapał równowagę. „Mówiłem, żeby nie spuszczać psa” wrzasnął wściekły, myśląc, że to właśnie Burek zdefekował na próg domu. Jakie było jego zdziwienie, kiedy spojrzał pod nogi. Stopa uwięzła w misce z kaszą. Obok stał kubek mleka.
Wszedł do kuchni – jego żona już tam była, uśmiechała się, ale on nawet tego nie widząc warknął na gospodynię.
- Co pani sobie myśli?!
- Dzień dobry – odpowiedziała kobieta nalewając do talerzy mleczną zupę.
- Co to za kasza na progu!?
- Kasza? – zdziwiła się kobieta.
- Tak! Na progu, talerz, w talerzu kasza! Po co ta kasza na progu w talerzu?
- To… - zmieszała się kobiecina.
Od przyjazdu wciąż na nią krzyczał. Krzyczał na wszystkich, ale ją częściej niż innych widywał. Niezbyt go lubiła… z resztą, chyba nikt go nie lubił. Andrzej podsłuchał kiedyś rozmowę „pokojówek”, że „ciotka” była lepsza, a ten to tylko miastowy bałwan. Przyjechał na wieś i będzie wprowadzał swoje zasady. Nie omieszkał poinformować ich, że jeszcze jeden taki wybryk, a obie wylecą z pracy.
- No? To? Co to?
- To dla… ale będzie pan krzyczał…
- Już krzyczę! Czemu wyrzuca się moją kaszę!?
- Dla krasnoludków. – powiedziała kobiecina, odruchowo chowając głowę między ramiona.
- Co?! Czy wam ludzie do reszty odbiło?! – zapluwał się Andrzej, a kobieta wycofała w głąb kuchni.
- Ale… to tradycja…
- Ja nie mogę w to uwierzyć! Wprost mnie ściska! Czy pani jest idiotką?
- My to robimy od wieków… - protestowała.
- Od wieków! Chce mi pani powiedzieć… co jaki czas im wystawiacie?
- Słucham?
- Jak często!?
- No… raz na tydzień…
- Taką michę kaszy raz na tydzień?! Czy wam odbiło?! Karmicie całą armię krasnoludków?!
Usiadł i złapał się za głowę. Oddychał ciężko, jak po przebiegnięciu maratonu. Z kim przyszło mi pracować, powtarzał.
- Boże! – powiedział wreszcie spokojniej – Wywalacie wagony kaszy, od wieków! Moje pieniądze, wie pani ile ta kasza kosztuje?
- Nie… - spuściła głowę, splotła dłonie jak małe dziecko.
- To ma mi być ostatni raz, rozumie pani? Ostatni raz!
- Ale… to tradycja…
- Mam w dupie tradycje! Tu za pół roku będzie cywilizacja, rozumie pani? Ludzie, którzy nie wierzą w krasnoludki i mają gdzieś kaszowe tradycje. Od dziś nie ma karmienia duszków!
- Ale kochanie – podjęła jego żona.
- Widzę, że pani wie, że źle zrobiła – kontynuował nie patrząc na żonę. – To rokuje szanse na poprawę. Może pani iść. Proszę przyprowadzić moje dzieci na śniadanie.
- Kochanie – odezwała się żona po wyjściu kucharki – to przecież tylko miska kaszy…
- To tysiące misek kaszy Aneta. Setki kilogramów.
- Krasnoludki są takie słodkie…
- Krasnoludków nie ma! Nie ma!
- To tylko zwyczaj.
- Już nie. Ja to miejsce doprowadzę do porządku, Bóg mi świadkiem.
W połowie zdania mężczyzna wstał od stołu. Wciąż nerwowo zaciskał pięści.
- Dokąd idziesz?
- Zobaczyć co tej starej prukwie tak dużo czasu zajmuje. Już powinna tu być.
- Pewnie budzi dzieci, wiesz jak oni śpią.
- Jasne…
Wyszedł na korytarz, szybko wspiął się po drewnianych schodach na drugie piętro. Dywan tłumił kroki, więc całą drogę do sypialni Andrzej pokonał bezszelestnie. Mijając kolejne pomieszczenia myślał tylko; odmalować, wyburzyć, wyrzucić, zamienić, odkurzyć…
Wyszedł zza rogu i momentalnie wrócił za węgieł. Kucharka stała w drzwiach, gadała z pokojówką wściekle gestykulując. Jej syczący szept było bez problemu słychać.
- On jest nienormalny – szeptała, Andrzej wyjrzał ostrożnie i zobaczył, jak młoda dziewczyna potrząsa blond głową – On sprowadzi na nas nieszczęście.
- Ciągle krzyczy – potaknęła pokojówka – drze się na nas…
- Ale dzisiaj już do reszty mu odbiło. Kazał mi wyrzucić kaszę…
- Żartuje pani? – przeraziła się pokojówka.
- On sobie nie zdaje sprawy z tego, co się stanie.
- Nie dadzą nam spokoju…
- Boże… krasnoludki tylko psocą, ale żeby broń Boże nie dowiedział się o wodniku.
- Ten głupiec sprowadzi na nas nieszczęście…
Andrzej na przemian bladł i czerwieniał. Pięści zaciskały się bezwiednie, dmuchał nosem jak byk przed walką. Wodnik, już on da tej starej pierdziawie wodnika. Wyszedł, kobiety zobaczyły jego twarz i struchlały.
- Dosyć tego! Co ty sobie myślisz wiejska babo?! Że możesz mnie obgadywać za plecami?! Won!
- Ale…
- Won! Nie chcę cię tu więcej widzieć!
Darł się, aż trzęsło żyrandolami. Z pokoju obok wyszedł zaspany Krzysiek, siedemnastoletni Sym Andrzeja. Z dołu, po schodach słychać było kroki.
- Ale… ja tu mieszkam od urodzenia…
- I już nie mieszkasz! Już nie pracujesz! Słyszysz?
- Ale… - kobiecina zaczęła płakać – Pan nie rozumie…
- Wyzywasz mnie za plecami! Nic więcej rozumieć nie muszę. Masz dziesięć minut, po upływie tego czasu ma cię tu nie być! A jak nie, wywalę na zbity pysk! A ty – wskazał na pokojówkę – do roboty!
Kobieta szybciutko odeszła udając, że nic się nie stało. Aneta wyłoniła się zza pleców Andrzeja. Była zdyszana, stanęła obok i wbiła w niego pełne niepokoju spojrzenie.
- Co się dzieje?
- Nic. Wywaliłem kucharkę.
- A… a kto będzie gotował?
- Kto? Ty oczywiście.
- Ja?! – zawyła ze zdziwieniem.
- A kto? Całymi dniami pieprzysz, że ci się nudzi. Już mnie łeb boli od tego biadolenia.
- Ale…
- Nie karz mi podnosić głosu. I tak już się wkurwiłem.
Podszedł do okna, otworzył je na oścież. Wychodziło na strumień, woda falowała ponad murem okalającym posiadłość. Z tej wysokości zmurszały mostek i łany pszenicy wyglądały bardzo ładnie. Ciepły wiatr owiał jego twarz. Andrzej poczuł, jak ciśnienie się zmniejsza, jak serce zaczyna wystukiwać spokojny rytm. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy… „tak, jeszcze nie wszystko stracone. Byle zachować spokój, już tylko kilka dni, a przyjadą tu ekipy remontowe… spokój. Nie ma się co denerwować.”.
Otworzył oczy i spojrzał na pole, wyraźnie odcinające się od niebieskiego nieba. Chłopi odkładali kosy i jak jeden mąż, szybko, chowali się w cieniu drzew. Andrzej zacisnął dłonie na parapecie.
- Do pracy! – ryknął, mężczyźni spojrzeli w jego stronę – Do pracy, cholera! Nie płacę wam za opieprzanie się! Nie ma sjesty, tu nie Włochy!
Patrzyli na niego jak na wariata. Nikt się nie ruszył.
- Zwolnię wszystkich, kurwa! Słyszycie? Wywalę na zbity pysk!
Rolnicy jeden za drugim rzucili narzędzia i usiedli w cieniu. Zdawali się mówić – wywal, i tak nie wyjdziemy.
Dworek szybko się wyludniał. Za kucharką i chłopami odeszły pokojówki i mężczyzna zajmujący się małym ogrodem. Na polu tkwiły łany pszenicy, której nikt nie miał zebrać. Andrzej klął na siebie w duchu, tyle pieniędzy. I tak miał zaorać to pole, jednak jeszcze tym razem mógł pociągnąć z niego trochę zysku.
Dom obrósł kurzem, a obiady, które serwowała mu Aneta po prostu nie dawały się zjeść. Gdyby siedział cicho mógłby tego uniknąć, ale nie mógł poradzić nic na to, że chamstwo zawsze go denerwowało. Duszki, upiory.
Cały dzień łaził po domu i wyrzucał podkowy, wianki czosnku, krzyże, wszystko, co kojarzyło mu się z zabobonną wiarą. Krzysiek jeszcze jako tako mu pomagał, ale siedmioletnia Julka po prostu chowała się przed ojcem gotującym się z wściekłości.
Chodził z wielkim workiem na śmieci i klął pod nosem. Jeszcze trochę, chwila i przyjedzie ekipa. Po co mi ci niewdzięcznicy? Od pokoleń dostają pracę u mojej rodziny, a jak przychodzi co do czego, zmykają gdzie pieprz rośnie.
Pochowali się w domkach, myślał, ale są na mojej ziemi. A ja tą ziemię zaoram do kamieni, jak będzie trzeba, a domki znikną, chłopów się wywali. Zatrudnię kelnerów, prawdziwe pokojówki, jak w porządnym hotelu. Owszem, zapłacę więcej, ale za to będę miał rasową obsługę.
Wieczorem padł prawie bez sił. Bolał go brzuch po niedosmażonym steku, po twardych ziemniakach. Mało brakowało, a przylałby żonie. Na szczęście nie miała odwagi się kłócić, jak zbity pies szwendała się po kątach.
Przed snem złapał jakąś książkę o mitach, jego umysł wypełnił się zabobonnym bełkotem o rusałkach, wiłach i strzygach. Zasnął przy zapalonej lampce i otwartym oknie.
Być może z powodu gorąca w głowie Andrzeja zaczęły się panoszyć bezsensowne myśli. Zaczął błądzić po manowcach polskiej historii i świata zabobonów, jakimi straszyli go w dzieciństwie. Przypominał sobie przeczytane przed chwilą przypowieści o krasnoludkach sikających do mleka, o topielcach wciągających ludzi pod wodę, o straszydłach stojących u kołyski, lub zwykłych stworach zdolnych przybierać różne kształty, głównie animalistyczne, choć zdarzały się także formy związane ze zmarłymi członkami rodziny. Historia odcisnęła wyraźny znak na tych wierzeniach.
Przez lata Polaków dusił czyjś obcas. Kościół, zabory, bandyci. Każdy wyciągał rękę, żeby sypać w nią ziarno, wytrząsać spichlerze, wywracać kieszenie. Nic więc dziwnego, że nasze rodzime stwory były niczym innym, jak tylko małymi, domorosłymi terrorystami. Większość zadowalała się misą kaszy raz na jakiś czas, czasem trzeba było utopić konia posmarowanego miodem, albo oddać pierwszą złowioną rybę, ale zawsze trzeba było zapłacić daninę. Daj, daj – krzyczały stwory. Daj kaszy, a nie napluję ci do studni, daj, to nie zabiorę dziecka, nie utopię, ale daj.
Przez lata, ciśnięci butem oprawcy, Polacy dawali; czy to na tacę w kościele, czy zapasy najeźdźcy, byle dla spokoju. Andrzej trząsł się przez sen i mamrotał. W głowie mu szumiało, dziedzictwo wieków spłynęło po nim jak po kaczce woda. Dziś Polak jest już inny. Twarda szkoła, jaką indoktrynowano młodych, przyszłych biznesmenów w kołysce mówi „chcesz wziąć, musisz zapłacić krwią, albo my zapłacimy własną, ale nie ma nic za darmo”. Choćby trzeba było odrobaczyć każdy umysł w tej zapyziałej wiosce – mówił do siebie – wyłożyć nowe drogi, wyciąć pola i lasy, wyczyścić jeziora; wszystko da się zrobić. W miejscu, gdzie na jednej szali stoi bankructwo, a na drugiej tytaniczny wysiłek restauracji wioski, w której czas stoi w miejscu, nie ma co tracić sił na rozważania.
Sen minął, jednak około godziny czwartej obudziło go wściekłe ujadanie Burka. Pies szarpał się na łańcuchu, wył i szczekał, jakby świat miał się zaraz skończyć, a on nie wyrobił jeszcze normy.
Andrzej leżał przez chwilę, ale kiedy zrozumiał, że przyciskanie głowy do poduszki nijak mu nie pomaga, wstał. W kapciach wyszedł na zewnątrz. Było ciemno, księżyc zakryły chmury. Podszedł do psa, w mroku nie mógł niestety uniknąć kaczych dołów, po czym przystanął na granicy łańcucha i wydarł się.
- Czego się drzesz!?
Pies, rzecz jasna, nie odpowiedział, ale wił się i skomlał, podkuliwszy ogon, warczał, okręcał dookoła własnej osi i tak w kółko.
- Co jest?! – zero reakcji
- Siad!
Pies donośnie szczeknął.
- Zamknij się kurwa! Ja chcę spać, rozumiesz?! Bo ci przypierdolę!
Burek miał to gdzieś, wył i piszczał na przemian. Andrzej podszedł do studni, wyjął cały cebrzyk wody i chlusnął nią na psa. Zwierzę momentalnie zaprzestało szamotaniny, zaczęło prychać, bo woda wpłynęła mu do nozdrzy.
- Było trzeba warczeć? Zamknij się.
Pies skomlał, a Andrzej spokojnie wrócił pod pierzynę. Nie czekał długo, kiedy znów naszło go ujadanie, wściekłe, wibrujące w powietrzu. Mężczyzna zerwał się z łóżka, za dużo stresu. Postanowił, że pozbędzie się kłopotu raz na zawsze. Poszedł do głównego salonu, nad kominkiem wisiała zabytkowa strzelba.
Uczył się obsługi broni na kółku strzeleckim, nie miał więc problemu z jej złamaniem. W obydwu komorach tkwiły naboje po brzegi wypełnione śrutem. Spłonki były nowe… albo Anastazja była fanką myślistwa, albo któryś z chłopów „pożyczał” sobie broń i kłusował.
Mężczyzna wyszedł z domu, na progu z trzaskiem zamknął karabin, pewnym, zdecydowanym krokiem szedł w stronę psa. Zwierzę z podkulonym ogonem skamlało potrząsając łańcuchem.
Andrzej nie patrzył pod nogi, poślizgnął się na kaczym gównie, i niezgrabnie upadł na ziemię.
- Kurwa! – zawył – Niech to szlag! Kurwa mać!
Klął, podnosząc się zobaczył, że całe plecy ma w ptasich odchodach. Szybko przebył ostatnie metry, spojrzał na psa, który jakby rozumiejąc powagę sytuacji przysiadł na tylnych łapach. Ich oczy na moment się spotkały. Pies położył po sobie uszy, czuł przejmujący wręcz strach na widok rozjuszonego mężczyzny.
Andrzej nie celował, nie podnosił strzelby do oczu. Zamiast tego oddał strzał z biodra, Burek wizgnął i odleciał metr do tyłu, ciągnąc za sobą szeleszczący łańcuch.
Mężczyzna nie trafił. Pies wciąż żył, chciał się podnieść, wierzgał łapami. Śruciny dosłownie oderwały mu pysk od głowy, z rany strumykami wytryskiwała krew. Język, naznaczony śladami kilku kulek pulsował, niczym podłużne serce.
Zanim jeszcze przebrzmiał odgłos wystrzału, Andrzej podniósł broń i wycelował w Burka. Spojrzał w mętniejące oczy, mogło się zdawać, że kalkuluje wydatek, jaki poniesie za sobą konieczność naciśnięcia spustu.
Nagle, kiedy pies zamilkł, zrobiło się tak cicho, że było słychać szept skrzydeł ciem. I coś jeszcze.
Czyjeś kroki. Mężczyzna odwrócił głowę. Kroki, tak, nie mylił się. Ktoś łaził po podwórku, było ciemno, jednak to nie ulegało wątpliwości. Wbił wzrok w czerń nocy. Wyławiał kontury beczek, drzew, zatrzymał wzrok na czymś, co go zastanowiło. Chwilę później dało się usłyszeć ciche rżenie i szepty.
- Mój koń! – zawył
Kradli jego konia! Nie mieli prawa po tym, jak ich wyrzucił, nie mieli prawa tu być, ani dotykać jego własności.
Z ciemności oderwały się trzy kształty i zarys końskiego zadu. Jakby opatrzność miała coś do powiedzenia, zza chmury wyszedł księżyc. Oświetlił trzech chłopów, tych samych, którzy tego dnia rano nie chcieli pracować. Jeden trzymał cugle konia.
- Puść go! – ryknął mężczyzna i wymierzył – Zostaw!
Tamci jednak nie posłuchali – rzucili się biegiem w stronę łąki. Huk wystrzału rozbrzmiał po raz drugi, a wielki kawał okiennicy na stodole odpadł z hukiem na ziemię. Andrzej przeklął, gdyż wydawało mu się, że nie trafił, ale wtedy jeden ze złodziei padł na ziemię, trzymając się za nogę.
Tamci zawrócili. Kiedy spostrzegł, było już za późno. Od strony stodoły zaiskrzyło, syknął proch. Wieśniacy mieli skałkowy pistolet. Broń wyrzuciła chmurę dymu i mały pocisk, który przebił lewą dłoń Andrzeja na wylot.
Myśli przyszły same, wraz z bólem. Wyrwał z kopyta i rzucił się do domu. przyciskając rękę do tułowia, z bronią pod pachą zaczął wywalać do góry nogami wszystkie szuflady w salonie.
- Co się dzieje? – zapytała zdezorientowana Aneta.
Stała na schodach w nocnej koszuli, w ręku miała kaganek. Przypominała bardziej zjawę, niż człowieka; wampira, bestię z nocnych koszmarów.
- O Boże, ty krwawisz!?
Podbiegła, ale on ją odepchnął. W zdrową rękę chwycił pudełko niemal po brzegi wypełnione amunicją. Wrzucił garść pocisków do kieszeni i z dzikim śmiechem wypadł na podwórko. Ile czasu minęło? Nie miał pojęcia, jednak zaczął gonić zbirów. Wypadł na tą samą ścieżkę, którą spacerował co rano. Księżyc świecił znacząc drogę wśród traw. Mężczyzna zarechotał jak diabeł. Z pomącą rannej ręki przeładował broń, metal głucho trzasnął.
Ból dodawał skrzydeł. Po chwili dostrzegł trzy sylwetki. Jeden, zapewne ranny, siedział na koniu. Andrzej wypalił w ich kierunku, koń wystraszony hukiem zrzucił jeźdźca.
- Dalej! Strzelajcie! – krzyknął celując do złodziei.
Strzelił po raz drugi. Złamał broń, wyrzucił łuski. Gdyby mieli czas na zarepetowanie pistoletu, już by nie żył. Wieśniacy zdecydowali się wiać. Dwóch zdrowych wskoczyło na konia i galopem uciekli kryjąc się między drzewami.
Andrzej szedł spokojnie. Ból w nadgarstku promieniował, czuł, jak każda kropla krwi cieknie po palcach. W trawie leżał przerażony, śmiertelnie blady chłop w lnianych gaciach i koszuli.
Spodnie przesiąknęły krwią. Trzymał się za nogę tuż poniżej kolana i jęczał coś niezrozumiale. Miał takie same oczy, jak pies. Andrzej popchnął ranę lufą karabinu. Ranny zajęczał.
- Proszę…
- Macie duszki! Macie złodzieje, lenistwo! Potrzebne to wam było? Na co liczyłeś?
- Ja…
- Po co wam ten koń?! Po co!? Gadaj!
- Na ofiarę…
- Co?
- Dla wodnika. Dziś pełnia… jeśli nie dostanie ofiary, będzie topił…
Andrzej cofnął lufę, choć wewnątrz cały płonął. Zabiją konia… tyle forsy, żeby jakiś zasrany, wydumany wodnik nie topił. Zacisnął zęby, z całej siły mocując się z chęcią naciśnięcia spustu.
- Dokąd poszli?
- …
- Pytam dokąd!
Mężczyzna jęknął, kiedy lufa karabinu ponownie naparła na zranione miejsce. Przewrócił się na bok, a wtedy oczom Andrzeja ukazał się pistolet leżący na piasku. Naparł na karabin mocniej.
- Strzelałeś do mnie!
- Broniłem się… - wydukał chłop.
- Patrz co mi zrobiłeś! – Andrzej wyciągnął dłoń, przez którą z powodzeniem można było przeciągnąć złotówkę.
Chłop chciał się odczołgać, jednak nie miał żadnego konkretnego planu. Mógł kopnąć w broń, spróbować zaatakować Andrzeja, ale nie zrobił nic. Śrut werżnął mu się w kości kolana, rozrywając je na strzępy. Krew zbryzgała lufę, a podudzie mężczyzny lekko podskoczyło i odturlało się w chaszcze.
Chwilę później Andrzej stał z telefonem przy uchu i dzwonił na policję. Nikt nie odbierał. Najwyraźniej miejscowi stróże prawa chodzili na noc do domu, choć równie prawdopodobne było, że dyżurny wypił o kilka łyków za dużo i leżał spokojnie pod biurkiem. Po siódmej próbie połączenia się z 112 Andrzej zaklął i postanowił to olać.
Co ma wisieć, nie utonie, pomyślał. Jutro rano poradzi sobie ze wszystkim. Teraz powinien zająć się swoją dłonią. Nie miał pojęcia co mu jest, był tak zaślepiony adrenaliną, że nawet w tym momencie ledwo ogarniał obrażenia, jakich doznał.
Nie mógł ruszać dwoma palcami, oczywistym było, że kości śródręcza zostały wyrwane razem ze ścięgnami i mięśniami. Mimo to próbował, klął gdyż dłoń bolała coraz bardziej, ale chciał zginać palce, prostować, sprawić aby w magiczny sposób zadziałały.
Księżyc świecił mocno, a mężczyzna zaczął rozważać powiadomienie pogotowia. Doszedł do wniosku, że nie może tego tak zostawić. Jeśli chłopi wrócą, nikt nie będzie w stanie obronić posiadłości.
Zrobił to, co robił zawsze, aby ukoić nerwy. Usiadł w kuchni, rozkazał żonie zaparzyć rumianku. Po kilkunastu minutach bariera między nim, a światem zaczęła pękać. Z każdym łykiem ciepłego naparu wlewającego się do żołądka trzeźwiał. Za oknem było tak cicho, że aż dało się słyszeć ćwierkanie świerszczy.
Słyszał też cichutkie szuranie, jakby wąż w worku. Przez to wszystko zapomniał o psie! Wyszedł szybko, nie zważając na kałuże podbiegł do budy.
Burek leżał tak, jak go zostawił. Prężył jedynie łapy, oddychał z wielkim trudem, miał całkiem nieprzytomne oczy. Jak mogłem – szepnął Andrzej. Klęknął, pies nie obdarzył go nawet jednym spojrzeniem. Był nieobecny, nie czuł głaszczącej go dłoni. Piesku, przecież ty chciałeś dobrze… chciałeś mnie ostrzec, a ja tak ci odpłaciłem…
Strzelił, tym razem celując zwierzęciu prosto w czaszkę. Łeb pękł jak melon, pies wierzgnął po raz ostatni i znieruchomiał. Andrzej patrzył na to przerażony. Nie wiedział, że w małym zwierzęciu może być tyle krwi.
- Gdybyś tylko umiał mówić…
Nagle przypomniał sobie o chłopie, którego postrzelił. Jeśli on umrze, nici z interesu, ze wszystkiego! Jak to dobrze, że policjant nie odbierał! Gdyby to wyszło na jaw, Andrzej na sto procent wylądowałby w więzieniu. Jeśli wieśniak się wykrwawił, trzeba będzie usunąć ciało. Jak? Zakopać?
Szybkim krokiem ruszył w stronę łąki. Nie, przecież to nie jego wina. To oni przyszli uzbrojeni, żeby kraść! Tak, to tylko ich wina! Bronił się. Musiał. Strzelali, a on musiał odpowiedzieć tym samym. Zabiliby go. Strzelił z bliska, nie chciał nikogo zabić, to pewne. Celował przecież w nogę. Pech chciał, że skutkiem tego mężczyzna ją stracił. Skąd miał niby wiedzieć? – układał bajkę dla policji.
Kiedy zbliżył się do miejsca, w którym zostawił rannego zrozumiał, że się spóźnił. Nad łąką płonęły pochodnie. Przynajmniej dziesięciu ludzi szło w jego kierunku, szczęśliwie go nie widzieli. Prawdopodobnie przyszli po kolegę. Przygotował broń. Zaczekał, aż mężczyźni dojdą do rannego.
Odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał stłumiony okrzyk bólu.
- Oderwał mu nogę! – krzyknął któryś z niosących pochodnię.
- Boże, zabił go.
- Nie, on żyje. Szybko opatrzcie mu ranę.
- Zabić go! Sprowadził na nas nieszczęście!
Chłopi coraz głośniej krzyczeli groźby, jakby chcieli zagrzać się do boju. Zabić, spalić. Nie chciał uszanować tradycji. Gdyby Andrzej mógł, zacisnął by pięści. Bał się – mogli mieć broń, ale z drugiej strony… stali tu, banda zabobonnych idiotów. Grozili mu. Weszli na jego ziemię i grozili mu śmiercią! Chcieli mu przeszkodzić w realizacji planu. Wściekłość zalała go po raz drugi.
Podniósł lufę w górę i wystrzelił, rozmowy momentalnie przycichły, a chłopi padli na ziemię. Tchórze – pomyślał. Banda nic nie wartych tchórzy!
- Bierzcie rannego i won stąd! – ryknął.
- Nie strzelaj!
- Macie trzy minuty! Słyszycie?! Nie chcę was tu więcej widzieć! Jeśli którykolwiek stanie na mojej ziemi, zabiję jak psa!
- Nie ujdzie ci to na sucho, miejska gnido! – któraś z sylwetek wyszła naprzód.
- Ha! – zaśmiał się dziko – Mi nie ujdzie?! Napadliście na mnie! Postrzeliliście mnie podczas kradzieży! Nie wiem co macie zamiar powiedzieć policji, ale to wy panowie macie problem! Gdzie jest mój koń?
- Konia już nie ma! – odezwał się ten sam. – Oddaliśmy go wodnikowi!
- Wy mendy! Wy… Wy! Zabiliście konia? Mojego, kurwa, konia?! Jakim prawem?!
- Mieliśmy prawo…
- Nie mieliście! To był mój koń, rozumiecie? Mój cholerny koń! Tu wszystko jest moje!
- Teraz ja pytam, jakim prawem?
- Co? – zachłysnął się Andrzej – Co ty mówisz? Jakim prawem, ja jestem właścicielem, cholerny świat!
- My tu mieszkamy od pokoleń.
- A ja to mam od pokoleń, rozumiesz buraku?! Bierzcie go i nigdy więcej tu się nie pokazujcie! Rozumiesz? Nigdy!
- Pożałujesz.
- Nie, to ty pożałujesz! Liczę do trzech… raz!
- Dorwiemy cię!
- Dwa!
Andrzej już naciskał spust, kiedy mężczyzna odwrócił się. „Bierzcie go” rzucił do pozostałych i odeszli.
- Jeszcze pożałujesz! – ryknął chłop.
- Żebyś ty nie żałował! Jeszcze jedna groźba, a zabiję jak psa!
- Ja nie grożę. Nie dałeś ofiary. Przyjdą do ciebie.
Noc była długa. Andrzej nie mógł zasnąć, przeszkadzał mu ból w opuchniętej dłoni, oraz świadomość gróźb, jakimi chłopi próbowali go straszyć. Nie mógł uwierzyć, że człowiek może być aż tak głupi i zabobonny. Kaszę, choć to totalny debilizm, mógł jeszcze strawić, ale żeby zabić zdrowego konia? Bo wodnik będzie topić… dobre sobie, wodnik nie będzie topić, jak dureń nie pójdzie nad jezioro po pijaku!
Najgorsza była jednak świadomość osaczenia. Oni tam byli, a on do nich strzelał. Mieli broń! Mógł im zabrać ten pistolet, ale nie pomyślał. Czekał w salonie, rozwalony w bujanym fotelu gotów, by z niego wyskoczyć. Na kolanach spoczywała załadowana strzelba.
Przysypiał, ale w takich momentach ze snu wyrywał go odgłos pękającego szkła. Nikt nie włamywał się do domu, to tylko wyobraźnia płatała mu figle, ale przecież w każdej chwili ktoś mógł wedrzeć się do środka. Byli wściekli… postawił się w ich sytuacji, ktoś przyjeżdża i rani ich kolegę. Zamienia go w kalekę. Musi być zemsta.
Około godziny siódmej miał już dość. Wstawił kawę, a kiedy woda się zagotowała zalał ją zimnym mlekiem i wypił około litra napoju duszkiem. Wbrew przewidywaniom nie zrobiło mu się lepiej. Żołądek przyjął płyn, ale zaburczał gniewnie, grożąc zwróceniem całej zawartości.
Odruchowo powąchał mleko i okazało się, że było skisłe. Twarz Andrzeja przebiegł grymas obrzydzenia. Nie miał pojęcia jak szybko psuje się mleko od krowy, ale miał wrażenie, że na pewno nie tak szybko.
A może to krasnoludki – myślał półprzytomny. Chciało mu się spać, umysł podszeptywał idiotyczne scenariusze. Oczami wyobraźni widział małe stworki, które wyszły z mysiej norki i naszczały mu do mleka. Wizja tak obrzydliwa, że aż trzeźwiąca. Nie ma przecież żadnych krasnoludków!
Wstawił drugi czajnik. Jeszcze trochę i się obudzi. Wtedy zadzwoni na policję, na pogotowie i wszystko się unormuje. Zgarną tych typów, zamknie się ich w kryminale i będzie spokój.
Wyjrzał przez okno. Chwila relaksu, zanim para nie zacznie świszczeć. Było już jasno… w zasadzie powinno być, ale zanosiło się na deszcz. Mgły wisiały nad polami, zalewały spleśniały mostek. Andrzej otworzył okno. Było cicho i zimno. Spokojnie. Wiatr szemrał delikatnie w liściach wierzb, ale było ciemno, niebo przykrywały gęste chmury. Zdawało się, że jest noc.
Nalał sobie solidny kubek kawy i wyszedł na dwór. Pomyślał, że nie ma obaw i chłopi nie odważą się atakować w dzień. Wyjął komórkę i wystukał ostatnie połączenie. Nie było sygnału.
- Co jest do cholery? – szepnął.
Nie było zasięgu. Podreptał w kółko z wzrokiem wbitym w wyświetlacz. Niemożliwe – powtarzał, przecież to nie może być. Jeszcze wczoraj był zasięg, a teraz nie ma? No przecież nie przecięli kabli, do cholery! Na zachodzie grzmiało.
To pewnie burza. Minie i będzie mógł dzwonić. Ale przecież nie mógł czekać! Ręka bolała coraz bardziej, Andrzej bał się, że może się wdać zakażenie. A może dalej? Może kawałek dalej będzie zasięg?
Nie myśląc wiele wszedł na zalany mgłą mostek. Nogi ślizgały się po zmurszałych, zlanych wodą belkach. Tak! Tak, niemal krzyknął! Na wyświetlaczu pojawiła się pojedyncza kreska. Wybrał numer jeszcze raz, oparł się o balustradę i zamarł. Sygnał był.
- Posterunek policji, słucham!
- Halo? Słyszy mnie pan!
- Tak. Pan w jakiej sprawie?
- Ja chciałem zgłosić przestępstwo.
- Słucham – odpowiedział funkcjonariusz znudzonym głosem. Pewnie myślał, że to kolejny miejscowy problem.
- Była strzelanina, jestem ranny.
- Słucham?!
- Strzelanina. Miejscowa ludność mnie zaatakowała, musiałem odpowiedzieć ogniem. Zabili mi psa i ukradli konia.
- Gdzie pan jest?
- W… cholera! Jak to się nazywa…
Przed rozmową miał wszystko w głowie. W momencie, w którym usłyszał znudzony głos policjanta zapomniał wszystko, co ułożył wcześniej. Improwizował – po co mówił o tym psie?
- W Potoku! Potok!
- Gdzie?
- No Potok… to taka mała wieś, cholera. Odziedziczyłem ją!
- Odziedziczył pan wieś?
- No tak… ciotka zmarła i zostawiła mi dworek, rozumie pan, okoliczne ziemie.
- Aaa! Potok. Jasne. Dobra. Co się dzieje?
- Już mówiłem, jestem ranny…
- Kto pana postrzelił?
- Nie mam pojęcia! Jakiś miejscowy, było ciemno!
- Rozumiem. Czy będzie pan w stanie rozpoznać sprawcę?
- Niby tak, bo odstrzeliłem mu nogę.
- Słucham?
- No… broniłem się. Oni mnie okradali, strzelali do mnie, a ja odpowiedziałem tym samym.
- Jacy oni?
- No Boże, chłopi!
- Kiedy to się stało?
- No… kilka godzin temu.
- Rozumiem. Czy w tym czasie doszło do ponownej konfrontacji?
- Co?
- Czy naprzykrzali się panu?
- Nie. Jeszcze tego by brakowało.
- Czyli sytuacja jest opanowana?
- Nie rozumiem co ma pan na myśli. Kilometr od mojego domu mieszka banda oprychów, którzy próbowali mnie zabić!
- Ale nie widział ich pan więcej?
- No a co to ma do rzeczy!?
- Powiem panu. W tym momencie nie jesteśmy w stanie oddysponować żadnego radiowozu.
- A to czemu?
- Bo mamy tylko jeden, który w dodatku jest w warsztacie.
- Czyli jak to mam rozumieć?
- Że najszybciej będziemy u pana jutro rano.
- Co? Ale ja jestem ranny do cholery!
- Jakie pan odniósł obrażenia?
- Jakie? Wyrwało mi pół dłoni!
- Czy może pan ruszać dłonią?
- Kurwa, co to za pytanie! Nie, nie mogę, pocisk wymiótł mi kości, rozumie pan!?
- Czy odczuwa pan nieprzyjemne mrowienie w dłoni?
- Ja pierdo… - Andrzej wziął głęboki oddech – Tak, odczuwam. Boli mnie jak skurwysyn!
- Obawiam się, że nie dysponujemy także karetką.
- Czyli, że co? Czyli że mam się pierdolić?
- Proszę pana. Prosiłbym pana o zważanie na słownictwo. W związku z wybuchem gazu w Giżycku wszelkie okoliczne ambulansy zostały oddelegowane do pomocy przy opatrywaniu lokalnej ludności. Nie jesteśmy…
- Ale ja jestem ranny!
- Przykro mi, jednak opis pana przypadku nie kwalifikuje się do natychmiastowej pomocy. Przyślemy lekarza jutro…
- Jutro?
- Proszę być dobrej myśli.
- Jak? Pan mi powie, kurwa, jak ja mam być dobrej myśli!?
- Proszę pana. Będziemy jutro, nic więcej nie da się zrobić.
- Powie mi pan jeszcze jak się pan…
Policjant już nie słuchał. Odkładał słuchawkę, a Andrzej pochwycił kawałek rozmowy. „Co tam?” pytał ktoś tubalnym głosem. „Wsiowi znowu się awanturują” skwitował to rozmówca Andrzeja, wypowiedź przerwał suchy trzask odkładanej słuchawki.
Już miał wykręcić numer ponownie, w celu wdania się w utarczkę słowną z oficerem dyżurnym, kiedy coś odwróciło jego uwagę. Przez moment myślał, że to jedynie jakieś zwierzę przekracza strumyk, ale zorientował się, że jak na zwierzę obiekt miał zbyt wyprostowaną postawę.
Na do połowy zanudzonym w wodzie kamieniu, w cieniu wierzb, siedział skulony kształt. Wyglądał jak nagi chłopiec. Kiedy chłopak zorientował się, że Andrzej go widzi odwrócił wzrok i szerokim łukiem plasnął w toń.
- Co jest? – mruknął do siebie mężczyzna.
Może to ze zmęczenia, ale przecież widział jak na dłoni dziwnego, nagiego chłopca. To pewnie przez okoliczne drzewa. Nikt nie ma przecież zielonych włosów. A jednak, zielonowłosy był tam na pewno. W pierwszej chwili dał się ponieść fantazji, to wodnik, pomyślał. Potem doszedł do wniosku, że to chłopi próbują go nastraszyć.
Pobiegł wzdłuż strumyka, wciąż patrząc na brzeg. Nie zanosiło się, aby ktokolwiek tam był. Nikt. Woda była płytka, w korycie nie dało się nawet położyć, żeby jakaś część ciała nie wystawała nad wodę, a jednak ten młokos skoczył, jakby miał pod sobą przepastną głębię.
Nie miał się gdzie schować! Andrzej podniósł broń i oparł na obolałej dłoni. „Wyłaź” wrzasnął, „Wyłaź, bo będę strzelał”. Odpowiedział mu jedynie szum liści. A jednak ktoś tu był. Na kamieniu, na którym pojawiło się widziadło pozostał jeden wyraźny ślad. Odcisk mokrego tyłka.
Rodzinka spędzała czas w pokoju na piętrze. Z tego miejsca Andrzej miał doskonały widok na okalające dworek pola, oraz podwórko. Gdyby choć mysz chciała się przecisnąć – zobaczyłby ją i odstrzeliłby jej mysie, futrzaste dupsko. Próbował ułożyć plan działania. W głowie ścierały się sprzeczne myśli, a on sam chciał za wszelką cenę pozostać racjonalny.
To nie był wodnik, a próbujący szczęścia wiejski kmiotek. Chcieli go przestraszyć, a mimo najlepszych starań nie udało im się, teraz najpewniej wrócą w nocy. Nie było sensu dzwonić na policję. Powiedzieli – „będziemy jutro rano”, no i będą.
Najgorsze było to, że Anecie udzielił się klimat. W kółko powtarzała, że w nocy nie mogła spać, bo słyszała szepty. Podkreślała to „szepty” mówiąc tak cicho, że niemal nie dało się jej usłyszeć. Siedziała w fotelu i uparcie twierdziła, że tu są duchy.
Najważniejsze było to, żeby się wyspać. Kawa przestawała działać, a nie mógł jej przecież pić litrami. Musiał zebrać całe siły, jakie miał, aby przetrwać noc. Żona paplała jak najęta, powinniśmy wyjechać, to twoja wina, czemu byłeś niemiły, czemu zdjąłeś talizmany, tym podobne brednie.
Jak w takiej atmosferze można się skupić, czy tym bardziej zasnąć? Siedział na sofie, w dłoniach trzymał strzelbę, z którą od kilku godzin nie mógł się rozstać. Już nie słuchał tej mantry, jednostajnego głosu pełnego żalu i wyrzutów. Nie słuchał biadolenia córki, która nie miała się jak bawić.
Jedynie syn zachowywał twarz. Siedział spokojnie, nie był nawet przejęty. Najwidoczniej wierzył ojcu, a rana postrzałowa Andrzeja jeszcze tą wiarę pogłębiła. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. Co młody może myśleć? „Ja pierniczę, mojemu staremu urwało pół ręki, a siedzi sobie spokojnie na kanapie z dubeltówką w dłoni i przysypia”. Nic a nic się nie boi. Jest taki sam, pomyślał Andrzej, jak ja. Zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko trzeba zawsze doprowadzić do końca. Nie biadoli, chociaż ma wszelkie ku temu powody. Siedzi i patrzy, obserwuje.
- Synek – odezwał się w końcu Andrzej zmęczonym głosem – Chodź tu.
Młody podszedł bez wahania. Stanął i wbił w ojca poważne spojrzenie, pewnie spodziewał się tego, co zaraz miało paść z ust Andrzeja.
- Ja muszę kimnąć. Zajmij się wszystkim, ok.?
- Jasne. – odpowiedział syn przyjmując broń z rąk ojca.
- Zwariowałeś? – ryknęła sopranem Aneta – Dajesz dziecku broń?!
- Zamknij się kobieto! A komu mam dać? Tobie?
- Nie możesz…
- Nie możesz, nie możesz. Chłopak jest odpowiedzialny, da sobie radę. Krzysiu – podjął po chwili patrząc na dzieciaka – Opiekuj się paniami. Jakby co, budź mnie, dobra?
- Jasne.
- Niech nikt się nigdzie nie rusza.
Ostatnie słowa ledwo wyszły poza usta Andrzeja. Pomimo wysokiego stężenia kofeiny we krwi zasnął jak dziecko. Całun zmęczenia otulił go tak szczelnie, że w pierwszym momencie wydawało mu się, że nie będzie w stanie oddychać.
- Andrzej, Andrzej.
Kołysało nim, silnie, jak na okręcie w środku burzy. Ktoś ciągle powtarzał jego imię, uporczywie i nieznośnie akcentując na pierwszą sylabę. Głos brzmiał jak koty w marcu. Zostaw mnie, mamrotał, próbował nawet machnąć ręką. Obudził się dopiero czując zimną falę rozbryzgującą się na jego twarzy. Otworzył oczy, widział tylko mokre włosy spływające na czoło. Półświadomie dotknął policzków, wciągnął powietrze nosem. Ktoś polał go kawą.
- Andrzej! – szamotanie znowu się nasiliło – Andrzej! Obudź się!
- Przecież nie śpię! Która godzina?
- Boże, wstawaj… - lamentowała Aneta.
- Czego!?
Był tak zmęczony, jakby sen jeszcze bardziej pozbawił go energii. Która mogła być godzina? Spojrzał za okno, słońce świeciło poprzez chmury, było bardzo wysoko. Przetarł oczy wierzchami dłoni.
- Julia zniknęła!
- Co? – zawył jak oparzony, ale w dalszym ciągu nie mógł się zmobilizować do wstania. – Jak to zniknęła? Przecież wszyscy mieli siedzieć tutaj!
- Nie wiem… ja też zasnęłam. Krzysio poszedł jej szukać!
- Wziął broń?
- Nie chciał mi oddać… - jęczała przepraszająco.
- Cholera! Niech to jasna cholera!
Wypadł z pokoju i omal nie skręcił sobie stopy na schodach. Wpadł do kuchni, porwał pierwszy lepszy kawałek żelastwa, który szczęśliwie okazał się być tasakiem, a nie na przykład łyżką i wybiegł na dwór. Gdzie ona mogła pójść? Na podwórku nie było żywej duszy. „Są z drugiej strony!”, krzyknęła żona wychylając się z okna.
Okrążył budynek i poszedł w stronę pola. Niemal przebiegł po mostku, wbił się w złote kłosy, ale nic nie widział. Słońce świeciło jasno, a on był tak koszmarnie niewyspany, że w ogóle nie mógł się skupić; obraz się rozmazywał, kołysał jak na statku. Cudem dostrzegł sylwetkę na skraju pola.
- Krzysiek – zawołał ile miał powietrza w płucach. – Stój!
Chłopak odwrócił się, ale nie przestał iść. Jeszcze trochę, a zniknąłby z pola widzenia. Andrzej przyspieszył, machał rękami i krzyczał, ale syn nie zwracał na niego uwagi. Szedł jak zahipnotyzowany. Zanim chłopak zniknął między drzewami, Andrzej spostrzegł sylwetkę kobiety stojącą na skraju lasu, skąpaną w słonecznym świetle. Miała białą sukienkę i niemal złote włosy.
Kiedy przetarł oczy już jej nie było. Nie było też chłopaka. :Krzysiek” – wydarł się po raz ostatni. Nie miał siły biec, upał sączył się z nieba, wysysał z członków siły. Oddech Andrzeja stał się płytki, mężczyzna nie mógł zrobić nic innego, jak tylko usiąść na polu i zwiesić głowę.
Nie dał rady ich obronić. Ale przecież nic nie mógł zrobić, prawda? Spał! Musiał. Nie dał rady zostać cały dzień czujnym! Czemu go nie obudzili? Czemu Krzyś sam poszedł na poszukiwanie siostry?
To nie wyglądało normalnie. Andrzej wiedział, że porwali ich chłopi, ale czemu Krzyś nie stawiał oporu? Czemu szedł jak cielak na rzeź?
I skąd ta kobieta? Stała na polu, w lekkiej sukni, i wyglądała jakby była nie z tego świata. Kiedy zaczął sobie przypominać doszedł do wniosku, że miała całkiem białą skórę. Która wieśniaczka ma białą skórę? No która?!
- Wariuję – szepnął i wstał ociężale.
A jeśli wszystko to sprawa duchów? Przypomniał sobie chłopów, którzy zawsze w południe chowali się w cieniu drzew. Może bali się tej zjawy, które hipnotyzuje i porywa?
- Bzdura! Bzdura! – wrzasnął.
Porwali ich kmiecie. Chcą się mścić, a kiedy przyjdzie co do czego powiedzą rozkładając ręce – „to nie my, to duszki”. Duszki, on im da duszki. Znajdzie ich po śladach, wytropi i zarżnie jak psy.
Ale jak? Wraz z Krzyśkiem zniknął karabin! Przecież nie pójdzie tam z tasakiem? W mgnieniu oka rozwaliliby go na pasztet. Boże, Boże co ja mam robić?
Sięgnął po komórkę. Był nawet zasięg. Przyłożył ją do ucha i dzwonił, uparcie, przez kilka minut. W końcu ktoś odebrał.
- Policja? – sapnął w słuchawkę.
- Tak. O co chodzi?
- Ja z Potoku…
- Aaaa… to pan? Przykro mi, ale sytuacja nie uległa zmianie. Samochód będzie gotowy wieczorem.
- Pan nie rozumie. Porwali mi dzieci!
- Kto?
- No oni! Chłopi!
- Czy pan to widział?
- Tak! Na własne oczy!
- Jest pan pewny, że dzieci się po prostu nie zgubiły?
- Tak. Widziałem jak grożą im bronią!
- Proszę pana, po co oni wzięli pana dzieci?
- Nie wiem! Boże, przyjeżdżajcie tu!
- Jestem pewny, że pańskim dzieciom nic nie grozi. Najpewniej po prostu się zgubiły.
- Kiedy ja właśnie…
- Było na pana doniesienie.
- Co?
- Chłopi, jak pan to mówi, też mają telefon i złożyli na pana doniesienie. Podobno postrzelił pan jednego z nich w przypływie furii. Groził pan śmiercią innym.
- To bzdura! To oni zaczęli! Pan by nie wpadł w furię, gdyby panu odstrzelili pół dłoni?
- Ich wersja wygląda inaczej. Kazał im pan pracować bez przerwy, a kiedy chcieli odejść straszył ich pan bronią.
- Bzdura! Komu pan wierzy, im, czy mi?
- Proszę pana. Na razie nikomu. Przyjedziemy, zobaczymy.
- No to przyjeżdżajcie! Kurwa, już na miejsce!
- Proszę pana. Sprawa nie jest aż tak pilna.
- Porwali mi dzieci! – załkał Andrzej.
- A czemu mieliby to robić? Niech się pan zastanowi. Dzieci się na pewno gdzieś bawią.
- Przyjeżdżajcie…
- Jutro rano, proszę pana. Do tego czasu proszę przemyśleć swoją wersję wydarzeń. Grożą panu poważne konsekwencje.
- Kurwa! – rzucił Andrzej i odłożył słuchawkę.
Stał chwilę rozdygotany, powietrze naokoło drżało od gorąca. Jeszcze przez to wszystko będzie miał problemy! Nie, niedoczekanie. Wybrał jeszcze jeden numer. Na całe szczęście jego serdeczny kolega pracował w komendzie głównej.
- Halo?
- Łukasz? Halo, Łukasz?
- Kto mówi?
- Tu Andrzej!
- Hej, stary, kopę lat!
- Kopę, kopę. Słuchaj. Mógłbyś mi wyświadczyć przysługę?
Łukasz był fajnym facetem. Obiecał zdrowo opierdolić funkcjonariuszy w tej koziej wólce, i kazał im natychmiast jak to tylko możliwe zająć się sprawą. Andrzej spokojnie wrócił do domu i czekał. Nie bał się teraz, że jakiś durny, wsiowy glina zechce mu ładować kajdanki na łapy. Nie bał się, że go oleją. Tak to jest, masz znajomości – jesteś górą. Kiedy oficer z komendy głównej mówi ci co się stało, to choćby był o tysiąc kilometrów od miejsca zdarzenia i tak lepiej wie, co się stało.
A sprawa wygląda tak. Przyszli w nocy. Kradli konia, pies szczekał, więc go uciszyli. Zobaczyli Andrzeja i zaczęli strzelać. Dostał w dłoń, ale nie stracił fasonu i odpowiedział tym samym. Gonił ich – wiadomo, konie są drogie. Skryli się w trawie chcąc go zaskoczyć. Tylko jeden miał pistolet i kiedy Andrzej go zauważył był już blisko. Nie chciał nikogo zabijać, strzelił w nogę. Skąd mógł wiedzieć jaka jest siła takiej dubeltówki?
No i jeszcze to. Czemu kradli konia? Czemu strzelali? Bo zabronił im wierzyć w duszki. Konia chcieli utopić i utopili. Znajdą w stawie trupa i już wszyscy będą wiedzieli o co chodzi.
Sprawa jednak nie wyglądała różowo. Zapadł zmrok, a policjantów jeszcze nie było. Mieli wziąć normalny, prywatny wóz. Mieli przyjechać jeszcze przed zachodem, a tu co? Siedział na dworze i czekał, Aneta poszła spać, kazała się obudzić, kiedy już przyjadą. Mężczyzna kręcił się w kółko jak szalony, co robić? A jeśli te głąby się zgubiły? To możliwe, wieśniacy mówili, że okolica jest bagnista. Jeśli wjechali do rowu tym swoim gratem, to koniec.
Około północy zaczął się niepokoić nie na żarty. Już miał zadzwonić do Łukasza, a bardzo chciał tego nie robić, kiedy zorientował się, że komórkę zostawił w sypialni. Poszedł na górę, wciąż myśląc – dzwonić, nie dzwonić. Wyjdzie na panikarza. Łuki pewnie śpi, a on będzie go nękał.
Dom po zmroku był straszny. Cichy… każdy odgłos urastał do niebotycznych rozmiarów, gdyż nie było tam ani rur, które dzwonią, ani sąsiadów, którzy krążą po domu. Instalacja elektryczna nie buczała. Tylko cicho pracujące podłogi i zegar z kukułką, który tykał jak najęty.
Andrzej nie dziwił się w takich momentach, że wierzyli w duchy. Jedynym miejscem, w jakim był prąd, był wsiowy kościół. Cała reszta Potoku nocą tonęła w blasku świec. Posuwał się z kagankiem pod górę, widział niewiele dalej, niż trzy stopnie do przodu. Skrzyp, skrzyp, skrzyp, powoli. Zdawało mu się, że ktoś łazi po piętrze. Cienie były długie i rozmazane.
Już miał powiedzieć „Halo”, ale się opamiętał. Kto miał tu być? Obstawił wszystkie wejścia, nie było słychać brzęku szkła. Duchy? Andrzej zaśmiał się i ten śmiech odbił się upiornym echem po korytarzach. Zegar wybił północ.
Otworzył drzwi do sypialni i zaczął szukać telefonu. Aneta spała jak zabita, nie przeszkadzało jej otwarte na oścież okno. Wiatr wpychał firany do środka, zdawało się, że to dusze umarłych, a nie materiał.
W końcu znalazł. Telefon leżał na szafce nocnej. Włączył go, pokój zalał się trupio bladym blaskiem wyświetlacza LCD. Andrzej spojrzał na żonę i zamarł w bezruchu. Nie miał nawet siły krzyczeć.
Kucnął przy łóżku, coś co z początku zdawało mu się być grą cieni, było w rzeczywistości wielką plamą krwi, która jeszcze do końca nie wsiąkła w materac. Kałuża połyskiwała na błękitno, a kiedy w telefonie włączył się wygaszacz ekranu, zmieniła kolor na pomarańczowy.
„Boże”, jęknął mężczyzna. Aneta była blada i nieruchoma. Wyglądała spokojnie, jakby spała, jednak z szyi spływał jej strumyczek krwi. Dwa strumyczki. Dziurka pod żuchwą niemal zaschła, nie byłoby z tego nic więcej ponad strup, ale druga ranka, tuż poniżej, znajdowała się na tętnicy.
Kobieta wykrwawiła się na śmierć zanim zdążyła się obudzić. Jezu, pomyślał Andrzej, święty Jezu. A więc to prawda? Tu naprawdę są duchy? Pokój niegdyś należał do ciotki. Wisiały w nim pajęczyny i girlandy czosnku, tak że wchodząc człowiek mógł uwierzyć, że to nie sypialnia, a sklep z przyprawami.
On wszystko to wziął i wyrzucił. Usunął podkowy, czosnek, jemiołę, krzyże, wszystkie te niepotrzebne śmieci. Chciał dotknąć głowy martwej żony, ale się wahał. W nikłym płomyku świecy nawet śmierć nie była sobą.
Jeśli ona wstanie? No bo wstają? Co zrobi? Będzie się musiał bronić! Ile ma czasu, czy to już, czy za kilka dni? Przecież na własne oczy widział wodnika! Przecież starczyło jedynie uwierzyć.
Zamarł tak na kilka zdawałoby się minut, a z odrętwienia obudził go pojedynczy „brzdęk” zegara. Mężczyzna otarł łzy i wstał. Powoli zamknął pokój, uznał, że wampiry nie mnożą się w takim tempie. Znajdzie dzieci i wyjedzie, Boże, miał nadzieję, że nie został sam.
Postanowił zadzwonić do Łukasza. Cokolwiek nie zabiło jego żony, wiedział kto ma za to zapłacić…
Był w połowie schodów, kiedy cały dom zagrzmiał hukiem. Stukot przenosił się po pustych korytarzach. Zdawało mu się, że w sypialni ktoś chodzi. Czym prędzej dopadł do drzwi i otworzył. Po drugiej stronie stała stara, bezzębna kobieta z laską. Zdawało się, że jest rasową czarownicą, z całym tym cyrkiem na twarzy, w chuście, brakowało tylko miotły. Za jej plecami skrył się człowieczek, w którym Andrzej poznał buntownika z zeszłej nocy. Tego, który mu groził. Nie był do końca pewny, ale sylwetka się zgadzała.
- Czego? – zapytał Andrzej przez łzy.
- Musimy porozmawiać – odparła babuleńka.
Sam nie wiedział czemu zaprosił ich do kuchni. Był jak w transie. Babcia pouczała go o mitach, a on siedział i z upiorną miną przyjmował wszystko, co mu dawała. Tłumaczyła o co chodzi z wodnikiem, z krasnoludkami, z południcą, która porwała jego syna, w końcu poruszyła temat wampira.
Kmieć, który do tej pory siedział jak kołek, poprawił się niespokojnie. Andrzej miał przebłysk myśli. Spojrzał na chłopa i oznajmił dobitnie…
- Spóźniliście się ludzie. Moja żona nie żyje.
- Co? – zawył kmieć. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
Wszystko stało się jasne. To wieśniacy chcieli go nastraszyć. Chcieli, żeby za wszelką cenę uwierzył w ich strachy i żeby wszystko było po staremu. Porwali jego dzieci, a teraz nieumyślnie zabili żonę.
Andrzej wstał, pamiętał dokładnie gdzie położył tasak, choć działał jak w malignie. Udał, że idzie się napić, powoli podniósł nóż, a potem – jednym celnym zamachem – uderzył chłopa w obojczyk. Ostrze werżnęło się głęboko w ciało, krew trysnęła migotliwym strumieniem, błyszcząc w świetle świec. Wieśniak wrzeszczał, a Andrzej zwalił go kopniakiem ze stołka, wyszarpując jednocześnie ostrze. Uderzył jeszcze raz, jeszcze, aż mężczyzna przestał się ruszać. Tasak utkwił do połowy w czaszce.
- Gdzie są moje dzieci! – Warknął do babki.
Była blada jak śmierć. Wstała i cofnęła się, Andrzej powoli szedł w jej kierunku z twarzą zlaną krwią.
- To nie my… - jąkała.
Uderzył ją pięścią w twarz, było słychać ostry trzask łamanej kości. Babka przewróciła się, nieprzytomnym wzrokiem wodziła po podłodze. Andrzej podszedł do szafki i wyjął ciężki, metalowy tłuczek do kotletów.
- Gdzie są moje dzieci – syknął.
Kobieta chciała mówić, ale nie potrafiła wydać z siebie głosu. Nawet w nikłym świetle świecy było widać, że kość przesunęła się w ranie. Nie mogła nawet zamknąć ust, z których co chwilę wypływały czerwone strumyki. Andrzej chwycił jej rękę i z całej siły uderzył w sam jej środek. Kości wyślizgnęły się z dłoni, niby pestka ze zgniatanej śliwki. Obrzydliwy chrzęst jedynie go rozzłościł.
- Gadaj!
- Mhmmmm! – jęczała kobieta.
Zawyła dziko, kiedy roztrzaskał jej kolano. Uderzał sukcesywnie, zamieniając jej kości w mąkę. Nie przestał nawet jak zemdlała. Czuł tylko nienawiść materializującą się niemal w powietrzu.
- Rzuć to! – usłyszał za sobą krzyk.
Wstał powoli, upuścił młotek na ziemię. Spojrzał po kuchni. Trup, tortury, nie wyglądało to różowo. Policjanci o nic nie pytali… Jeden trzymał broń, a drugi chciał Andrzeja skuć, ale wtedy do kuchni wszedł jeszcze jeden mężczyzna. Był ubrany normalnie, jednocześnie zdawał się być tak władczy, jakby był samym Panem Bogiem.
- Ja ci dam… - syknął do policjanta z kajdankami.
- Łukasz?
- Łukasz, Łukasz. Wybacz, że nie podam ci ręki.
Spojrzał po pomieszczeniu, z niesmakiem krzywiąc twarz. Zdawało się, że nawet znajomości nie są w stanie uratować Andrzeja, jednak przyjaciel odwrócił się do wsiowych funkcjonariuszy i syknął.
- No to macie panowie problem.
Proces był tylko formalnością. Uznano, że Andrzej działał w obronie własnej. W końcu nie skrzywdził nikogo postronnego. Włamali się, szantażowali go, użył każdego kłamstwa, jakie było potrzebne. Sędzia słuchał i nie mógł uwierzyć skąd w ludziach tyle nienawiści.
Okazało się, że to chłopi porwali dzieci Andrzeja, to oni wdarli się do domu i nieumyślnie zabili jego żonę. Chcieli upozorować działanie sił nieczystych, co samo w sobie było tak daleko posuniętym idiotyzmem, że od początku ludność Potoku była skazana na porażkę.
Do tego wszystkiego doszła niekompetencja policji, która przyjmując zgłoszenie o strzelaninie powinna jakimkolwiek sposobem – sędzia najwyższy raczył zażartować, odpowiadając na pytanie dyżurnego „jak?”, „choćby i na miotłach”, dostać się na miejsce przestępstwa.
Prace nad odbudową dworku szły pełną parą. Do zimy wszystko powinno być wykończone, aby w przyszłym roku ugościć pierwszych turystów. Tak, Andrzej siedział na podwórku i patrzył w przyszłość. Widział nie sterty belek, wysypany piachem podjazd, nie robotników uwijających się w upale, a strumień pieniędzy lejący się do jego kieszeni.
Zastanawiał się nawet, czy nie nazwać ośrodka „pod wampirem”, ale uznał, że byłoby to zbyt pretensjonalne. Używać śmierci żony jako marketingu.
- Szefie! – ktoś krzyknął – Szefie, gdzie dać te drzewka?
Andrzej wstał, zacierając dłonie z radości. Właśnie przyjechał robotnik, wiozący ze sobą cały ładunek krzewów. W mgnieniu oka powstanie sad, zalążek sadu, tam, gdzie wcześniej nad strumykiem stały wierzby.
- Pójdzie pan za mną – krzyknął Andrzej. Odstawił kufel piwa na stolik.
Zaprowadził robola na miejsce. „Da je pan tutaj, ktoś się zaraz nimi zajmie”. Z dumą popatrzył na nowy mostek i na rzeźbę wodnika. Na kamieniu siedział nagi chłopiec z brązu, zamyślony, cichy, niemal żywy.
Ludzie uwielbiają folklor. Te wszystkie durne, nieistniejące duszki mogą zostać użyte jako reklama. Można je wkomponować w ogród, a ludzie będą się rozpływać w zachwytach.
Wrócił, wyminął róg domu i spostrzegł, że coś wspina się na stolik. Coś małego, niby mysz, a jednak… „Co do cholery?” pomyślał Andrzej. Stanął i patrzył, jak kształt wchodzi na kufel z piwem.
- Won! – wrzasnął jak opętany.
Mysz zawinęła ogonem i jednym susem znalazła się na ziemi. Andrzej usiadł i pomyślał, że trzeba zainwestować w jakieś porządne koty. Podniósł kufel do ust. Coś bardzo mu nie pasowało. Wziął łyk i zrozumiał, że piwo skisło.
Wypluł je pod nogi, cały się przy tym ochlapał. Zdezorientowany patrzył na ciemną ciecz. Mysz tam naszczała? A może…
Nie, odgonił natrętną myśl. Krasnoludków nie ma, nie może być. Ale ludzie lubią folklor. Na pewno turystom spodoba się pomysł wystawiania na dwór misek wypełnionych kaszą. Zatarł ręce. To będzie czysty zysk.