polskihorror.pl
strona główna
Patryk Szachraj - Wampir z Glinianek
Opowiadanie wyróżnione w konkursie DANSE MACABRE
Jechaliśmy rowerami w nieznane, furkotały szprychy, a las skwierczał od gorąca. Czułem, jak z moich lepkich od kurzu ust nie schodzi uśmiech, bo i jak miał zejść, skoro tego ranka piąta klasa odeszła w niepamięć, a my – już niemal dorośli – gnaliśmy na spotkanie wakacji. Tych cudownych siedemdziesięciu dwóch dni błogiego lenistwa, beztroskich harców i zabaw do późna wieczór. Nawet pierwsze świadectwo bez „paska” nie było w stanie popsuć mi tego dnia.
Przydepnąłem pedał starając się dopędzić chłopaków. Wojtas miał nowiuśkiego beemiksa, którego przysłał mu tata. Od dawna mieszkający w Ameryce. Od niedawna chory na raka. Klusek jechał na sfatygowanym Pelikanie, dużo za małym jak na jego gabaryty, ale na nic lepszego nie było stać Kluskowej rodziny – wszystko szło na starszego brata-pupila. Brat-gorszy tymczasem pedałował zgarbiony, postawą przywodząc na myśl goryla na rowerze, z tym, że nie goryla z podręcznika do biologii, tylko goryla cyrkowego. Takiego zabawnego. Mi natomiast pozostawało gnać naprzód, nie baczyć na nic i napawać się każdą sekundą mojego nowego, szczęśliwego życia.
W tym roku rodzice wreszcie się rozeszli i wraz z mamą wyprowadziliśmy się do babci. Z poniemieckiego domu na peryferiach miasta, gdzie moim jedynym partnerem zabaw był przygłupawy syn sąsiadów, do rojącego się od dzieciarni czteropiętrowca. I jakby tego było mało, nadeszło lato i miałem przed sobą całe morze czasu na zabawy w strzelanego, gry w kapsle i budowanie kryjówek w pobliskim lesie. Gdyby jeszcze tylko mama przestała łykać tabletki.
– Już niedaleko. – Wojtas był coraz bardziej podekscytowany. Amerykańska flaga trzepotała na antence bagażnika, a my wjeżdżaliśmy w coraz to ciemniejszy las, ufając, że dzisiejsze znalezisko Wojtasa będzie tego warte. Jakieś dwadzieścia minut wcześniej wpadł na podwórko. Nie w porę, bo akurat graliśmy z chłopakami w china i Klusek jakimś cudem strzelił bramę z rogala. Wojtas jednak na nic nie zważał. Odciągnął mnie i Kluska na bok, oznajmiając, że musimy z nim jechać, bo znalazł coś „giterskiego”. No a że „giterskie” rezerwowało się dla naprawdę „giterskich” rzeczy, wiedzieliśmy, że to nie przelewki.
– To tu. – Wojtas stanął w poprzek piaszczystej drogi, prezentując się doskonale na swoim beemiksie. Jego ubrania zawsze miały ładne kolory a dziewczęca twarzyczka czyniła z niego ulubieńca płci okropnej. Spoglądał na nas z taką satysfakcją, jakby lada chwila spod ziemi miały wyskoczyć wojownicze żółwie ninja i odtańczyć taniec kałabanga. Nie było jednak ani żółwi, ani tańca kałabanga; było natomiast leśne jeziorko o piaszczystych urwiskach, porośniętych na szczycie napęczniałą od słońca zielenią. Gdzieś w dole majaczył niewielki pomost z drewna. Przeraziłem się, że ktoś zaraz wyskoczy z pomysłem wejścia do wody, a ja nie znajdę dostatecznie przekonującego kontrargumentu i skończę jako topielec, bądź co gorsza, „cykor”. Do tej pory mój kontakt z wodą ograniczał się do sporadycznych wypadów nad jezioro, gdzie każda kąpiel odbywała się wyłącznie w towarzystwie ojca, toteż myśl, że miałbym ot tak zanurzyć się w tym leśnym topielisku, z dala od jakichkolwiek dorosłych, napawała lękiem.
– Cegielnia? – wydusił bez przekonania Klusek. Wojtas skinął jak zahipnotyzowany, a następnie ruszył w stronę drewnianej kładki. Prażące słońce stało w zenicie.
***
Dzień chylił się już ku końcowi. Schodziłem w dół ku wodzie zapadając się w piachu, który pchał mi się do trampków i wciskał pod skarpetki. Tafla mulistej wody była zupełnie nieruchoma – w promieniach gasnącego słońca miała kolor kawy ze zbyt dużą ilością mleka.
Klusek dołączył chwilę później, uginając się pod ciężarem całkiem sporej bryły zaschniętego błota. Wyglądał jakby zapomniał, po co ją tu przyniósł. Z oczami zapuchniętymi od płaczu, stałem wpatrzony w jakiś niewidoczny punkt na jeziorku. Starałem się nie słyszeć jego radosnych uniesień, kiedy fragment po fragmencie zatapiał swoje znalezisko.
– Linka! – Klusek wyrwał mnie z otępienia, wciskając włochaty łeb pod pomost. – Jest linka pod spodem. Przywiązana i wchodzi pod wodę. Niedaleko, mógłbym sięgnąć.
– Daj spokój. – spróbowałem go powstrzymać. Na próżno. Od zawsze miał zmysł poszukiwacza, który w kolejnych latach jeszcze się nasilił. Zresztą, już wtedy był dostatecznie silny, by mieć za nic mój głos rozsądku; bardzo donośny głos, nader rozsądnego dziecka. Wychowany pod kloszem, który, co gorsza, lubiłem, próbowałem pozamykać w klosze cały świat. Problem w tym, że te piekielne dzieciaki z czteropiętrowca nic sobie z tego nie robiły. Klusek nie przestawał majstrować przy lince. Wreszcie, gdy zaczął sapać, podszedłem bliżej.
W jednej chwili pojmuję, że Klusek nie sapie. Klusek stęka ze strachu. Jego ręce kurczowo trzymają się linki a twarz wykrzywia grymas, jakby zaraz miał się rozbeczeć. Z mulistej toni przygląda się nam dziewczęca twarz topielca – woda leniwie rozwiewa mu włosy a rozwarte usta zdają się wołać o pomoc. Znikły gdzieś kolorowe ubrania, pojawił się za to czarny, plastikowy worek. Klusek puszcza linkę, a Wojtas z niemym krzykiem zapada się w glinianą otchłań.
***
Wynurzyłem się z wanny w chwili, gdy płuca były gotowe na przyjęcie śmiertelnej dawki wody. Zabrakło ułamka sekundy. Zawsze brakuje ułamka sekundy. Z nosa leciał mi śluz, a pulsowanie w skroniach zdawało się dudnić echem po całej łazience. Zipiąc jak parowóz, odszukałem po omacku skręconego zawczasu blanta i już po chwili kojąca porcja dymu uspokoiła rozszalałe płuca. Dopiero, gdy cała woda wyciekła z uszu, zdałem sobie sprawę, że przy drzwiach wejściowych toczy się rozmowa. Najpewniej babka spławiała kolejnych klientów.
– Pani kochana, niech mi Bóg świadkiem, że nie wiem. Dorosły jest, nie tłumaczy mi się, dokąd chodzi... Toż to powtarzam pani, że już się tym nie para... Ja rozumiem, ale niech i pani zrozumie. Chłopak chce spokoju. Co mu się dziwić? Umarli żywemu spokoju nie dadzą. Jak raz im w drogę wejdziesz, już zawsze będą cię nękać. Dalibyście wy mu wreszcie wszyscy odpocząć. I tak zachowuje się, jakby cała młodość z niego uszła. Żeby chociaż jakąś dziewczynę poznał. Mówię mu, wyjdź, napij się piwa z kolegami, to nie. Siedzi w tych swoich czterech ścianach jak upiór jaki. Wie pani, że nawet słońca zaczął się wystrzegać?
Wtajemniczanie gości w szczegóły mojego życia osobistego stało się normą. Można by rzec, że był to swoisty dialog, do którego zapraszała mnie babka, wiedząc, że na zwykłą rozmowę nie może liczyć. Przemycała więc swoje troski i zmartwienia w jedyny znany sobie sposób, a mianowicie dzieląc się nimi z każdym przygodnym gościem. Płaczliwa rozmówczyni nie dawała za wygraną, babka jednak miała wyraźne dyspozycje, co do natrętnych klientów.
– Pani kochana, no skąd ja mam wiedzieć takie rzeczy. Wychodzi i wraca jak mu się zachce. Bo raz to obiad musiałam wyrzucać?... O, żebym to ja sama znała. Zdziczał mi zupełnie, a jak go proszę o numer to tylko fuka na mnie. No wyobrazi sobie to pani?
Miałem ochotę wyjść tak jak mnie bozia stworzyła, babkę odesłać do wszystkich diabłów, a kobietę-natręta zrzucić ze schodów. Na szczęście dla obydwu, za chwilę trzasnęły drzwi, a w domu zapadła jakżeż upragniona, czteropiętrowa cisza – kakofonia buczących rur i warkotu wierteł.
Pukanie do drzwi – tym razem do moich. Babka nigdy nie czekała na zaproszenie tylko uchylała je z lekka, a następnie nie wchodząc do środka, mówiła coś z korytarza. Tym razem nie było inaczej.
– Jakaś pani do ciebie. Syn jej zaginął i chciała pomocy.
– Trzeba jej było dać numer na policję. Niech babcia zamknie, chcę wyjść. –Schowałem skręta pod wodę. Nie wiem, po co odstawiałem całą tę szopkę z niepaleniem, skoro i tak babka o wszystkim wiedziała. Oznajmiła mi zresztą kiedyś, że doskonale wie, czym są roślinki, które wstawiłem jej na parapet do podlewania. Po chwili, w uchylonych drzwiach pojawiła się pomarszczona ręka i zostawiła na toalecie miniaturową paczuszkę.
Kolejne pukanie do drzwi wejściowych nie pozwoliło mi nawet do końca założyć spodni. Miałem ochotę wrócić do wanny i pomknąć odpływem razem z wodą. Zagnieździć się w jakiejś rurze kanalizacyjnej i siedzieć cichutko, dopóki cały ten szum nie ucichnie. Nie dało rady. Ponowne pukanie wyssało ze ścieków mój błądzący umysł – dosyć głośne i można by nawet rzec, niegrzeczne. Nie mogło wróżyć niczego dobrego. Sięgnąłem po pozostawione przez babkę zawiniątko ignorując łomoczącego do drzwi intruza.
W szarej paczce przewiązanej sznurkiem konopnym znalazłem zdjęcie. Nastolatek-blondyn na wakacjach – morze zbyt niebieskie, piasek zbyt żółty, uśmiech zbyt szeroki. A do tego, cały ten cyrk ze zdjęciami to totalna bzdura. Ludzie tak sami jakoś w pewnym momencie wpadli na to, żeby wraz z pakunkiem załączać zdjęcia zaginionych. Jakbym był jakąś pieprzoną kroniką kryminalną. Paranoja. Poradzić, nic nie poradzisz, no bo jak? Istniejesz dzięki poczcie pantoflowej, a na nią wpływu mieć nie będziesz. A to tam właśnie tworzą się największe, i tym samym najbzdurniejsze, mity o medium.
Tak jak ten o zdjęciu. A mi zdjęcie jest na nic nie potrzebne. Chyba, że to zmyślna tortura, żebym zobaczył, jak mocno żyli, zanim przeżyję ich śmierć. Prozaiczną, bo za siedem złotych w bramie na Jedności. Za nieodpowiedni samochód w podróży na stopa. Za kilka nieprzemyślanych słów w dyskotece. Podarte zdjęcie ląduje w umywalce.
Dopiero pod spodem jest granat – emocjonalnik. Prawdziwa istota mediowania. Każdy ma emocjonalnik, większość z nas ma ich wiele. Przedmioty bliskie, drogie, takie, po których boli, kiedy przyjdzie je utracić. Zostawiamy na nich naskórek, zostawiamy na nich pot, nikogo nie powinno więc dziwić, że zostawiamy też emocje. Myśli, przeżycia, wspomnienia – szczególnie te nieprzyjemne, bo najintensywniejsze. Wszystko to odbiera i przywłaszcza emocjonalnik. Dzięki nim staje się tym, czym jest – artefaktem, rzeczą, która wbrew prawom entropii trwa przy nas, a nieraz nawet długo po nas. No a ja, jakimś złośliwym zrządzeniem losu, stałem się czytnikiem tych świństw. Jedno opaczne dotknięcie zdolne jest wessać mnie w sam środek najczarniejszych koszmarów przylepionych do emocjonalnika. Tym razem był to komiks. Jakieś archiwalne wydanie spidermana, obłożone folią.
Zacząłem już myśleć, że intruz spod drzwi przepadł, kiedy usłyszałem babkę wlokącą się przez korytarz. Modliłem się, żeby nie szła otworzyć, miałem złe przeczucia. Chwila napięcia trwała krótko – rozległ się szczęk przekręcanego zamka.
Z ostrożnością sapera, złożyłem komiks-emocjonalnik do umywalki, uważając by cały czas trzymać go przez papier. Mimo folii wolałem nie ryzykować. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że większość materiałów przewodzi emocje i kiedy nieopatrznie ich dotknąć, rażą jak naładowane prądem. Traumy właścicieli podane w jednej pigułce – a właściwie w jednym impulsie elektrycznym. To trochę jak włożenie palców do gniazdka. Kiedyś parałem się tym na co dzień. Teraz, nie ma takich pieniędzy, które by mnie do tego zmusiły. Z korytarza słychać trzaśnięcie drzwi, podekscytowany głos babki, wreszcie coraz głośniejsze, ciężkie kroki.
W drzwiach do łazienki staje Klusek. Nie widziałem go, odkąd wyjechał za pracą. Jest jeszcze większy niż ostatnim razem. Przygląda się spod naciągniętego na ogolony łeb daszka, jak urządzam ognisko w umywalce i chwilę później wita słowami, jakimi po niemal półtorarocznej nieobecności może przywitać tylko Klusek:
– Człowieku! Ale ta folia daje.
Siedzimy w pokoju dla gości, który zaadaptowałem jako swój własny. Ma załom za szafą, bardzo przydatny w sytuacjach takich jak ta – kiedy Klusek skręca blanta. Ubrany jest jak zwykle w firmowe fatałaszki, zbyt jasne i zbyt schludne jak na mój gust. Zasłaniam żaluzje, co nie umyka uwadze Kluska; nic nigdy nie umyka uwadze Kluska.
– Dalej boisz się słońca?
Bez słowa odbieram skręta, gwałtownie cofając dłoń przed zapalniczką.
– Spokojnie. – uspokaja mnie Klusek. – Nowa. Ze sklepu. Nie... naładowana. – Akcent jaki kładzie na ostatnie słowo, wystarczyłby kretynowi do pojęcia żartu. Tłumaczę sobie, że to ze względu na kolegów Kluska. Wszak do grup przestępczych nie rekrutują stypendystów z Jagiellonki.
– Nie, dzięki. Gdzieś tu miałem zapałki.
– Kurwa, przecież mówię, że ze sklepu. Trzymaj.
Nie ma sensu spierać się z Kluskiem. Zeszłoby na to więcej czasu, niż na otrząśnięcie się z szoku, gdyby zapalniczka rzeczywiście była emocjonalnikiem. Nigdy nie wiadomo, co bierzesz do ręki. Po chwili aromat palonego zielska wypełnia pokój. Oddaję blanta Kluskowi.
– Babka dalej nie wie, że jarasz? – pyta.
– Daj spokój. Coś tam ostatnio przebąkiwała klientom, że podejrzewa mnie o narkomanię. Nawet nie chce mi się tłumaczyć. W jej głowie siedzimy tu pewnie ze strzykawkami i zapodajemy dym prosto w żyłę.
Klusek z parsknięciem wypuszcza wielką chmurę, usiłując wykaszleć kolejne pytanie. – Klientom? Myślałem, że z tym skończyłeś.
Skinąłem. – Ludziom to nie przeszkadza. Wciąż przyłażą. Po kilku dziennie.
– A z czego żyjesz?
– Z emerytury.
– Przyznali ci emeryturę?
– Nie, babce. – Po chwili śmiejemy się obaj, ledwie widoczni zza grubej zasłony dymu.
– Mam sprawę. – Dwa magiczne słowa, na dźwięk których zapalają mi się wszystkie kontrolki w mózgu. I o ile z kimkolwiek innym nie byłoby problemu, wiem, że Kluskowi nie odmówię. Przyciszam muzykę i bez słowa oczekuję na wyrok.
– Pamiętasz Wojtasa? – Pytanie głupie, bo obydwoje do końca życia będziemy mieli go przed oczami. Klusek chyba się zreflektował, bo nawet nie poczekał na odpowiedź. – Chodzi o to, że chciałbym cię prosić, byś tam wrócił. Jego oczami. Czaisz?
W odpowiedzi biorę kolejnego macha. Przekazuję skręta Kluskowi, ale ten pasuje. Sprawa musi być naprawdę poważna.
– Bo wiesz, znalazłem trochę starych gazet i odświeżyłem sobie całą tę sprawę. I coś mi się nie zgadza.
Kluskowy zmysł poszukiwacza. Po dwudziestu latach silny jak zawsze, spuścizna po ojcu, detektywie z MO. Nie śmiem przerywać.
– Ten koleś, co to go zamknęli, Wampir z glinianek, kojarzysz? Nigdy nie przyznał się do zabójstwa Wojtasa twierdząc, że jest kozłem ofiarnym. I wiadomo, że takiemu a psu to jedna wiara, ale czemu w takim razie nie wyparł się wszystkich innych zabójstw? Przecież tak czy siak miał stryczek, a jeden Wojtas w tą, czy w tamtą, dużo by nie zmienił. Gadałem ze starym i potwierdził.
Kiedy w sprawę wmieszał się jeszcze senior Klusek, nie było sensu odwodzić juniora. Bez wiary w sukces bąknąłem:
– Ale po chuj ci to wiedzieć? Nawet jeśli okaże się, że to nie on, to co? Zobaczę prawdziwego zabójcę Wojtasa, dajmy na to, innego, i co ci z tego? Przecież ja nawet nie pamiętam, jak ten cały Wampir wyglądał. Skąd będę wiedział, czy to on, czy kto inny.
Nie z Kluskiem takie numery. Już po chwili na stole ląduje wycinek z archiwalnej gazety, a na ziarnistym zdjęciu żulik, pożal się boże – Wampir z glinianek. Ogorzała twarz, uniwersalny sweter na wszystkie pory roku i kaprawe oczka. Facet mógłby stać w encyklopedii pod hasłem – złomiarz.
– Tak czy siak, potrzebowałbym jakiegoś emocjonalnika, a takiego nie mamy. – Chwytam się ostatniej deski ratunku, lecz już po chwili w oczach Kluska widzę, że moja deska tonie.
– Mamy. – Oznajmia, pompując do płuc niewyobrażalną ilość dymu. Przyglądam się, jak siedzi nadymany, uważając, by nie uronić ani chmurki, a na jego twarzy wykwita ten nieznośny uśmiech satysfakcji, kiedy wie coś, czego nie wiedzą inni. Potrzebuję chwili, żeby zorientować się, co jest na rzeczy.
– Zapomnij. – protestuję bez przekonania. – Mieliśmy umowę. Nie wracamy tam. Nie odkopujemy tego. Tak się umawialiśmy.
– Aha. – Klusek robi się coraz czerwieńszy. Wreszcie nie wytrzymuje i wypuszcza nosem dwa białe obłoki. – Tak się umawialiśmy. Ale nie było mowy, żeby jeden z nas tam nie wrócił i jeden z nas tego nie odkopał. Choć, idziemy.
Złe przeczucie nie opuszcza mnie na krok. Przy drzwiach mijam babkę, informując, że nie wrócę na kolację. Jakoś tak dziwnie za nami patrzy. Szczególnie za Kluskiem.
Piwniczny labirynt pod naszym czteropiętrowcem należał niegdyś do moich ulubionych miejsc.
Przerażał i fascynował. Na jawie, podczas zabaw w chowanego, eksplorowałem jego najczarniejsze zakamarki, a we śnie błądziłem po nieistniejących korytarzach, sekretnych przejściach i tysiącletnich komorach. Czar prysł wiele lat temu. Piwnica stała się tym, czym faktycznie była – długim, niskim korytarzem, cuchnącym szczochami i tanim winem. Po obu stronach dziesiątki odnóg prowadzących do zagraconych komórek, co czwarta żarówka świeci, reszta wykręcona, bądź pobita.
– Stoimy ostatnio z kumplem na mieście, a ten macha mi przed nosem worem zielska i pyta, co tak patrzę, jakbym widział pały. – Klusek postanowił umilić nam podziemną podróż jedną z tysiąca niesamowitych opowieści. Jakoś nie jestem w nastroju i najchętniej wróciłbym do domu.
– No a ja widzę, jak zza rogu faktycznie wychodzi dwójka gliniarzy. On ma ich za plecami, więc nic sobie z tego nie robi i macha dalej. No a ci idą w naszym kierunku. Chwytam więc tego wora, a akurat piłem colę, w takiej małej buteleczce, kojarzysz? No i wrzucam go do tej butelki i piję dalej. Ale patrzę, a po chwili ten wór wypływa i zaczyna unosić się na powierzchni jak jakiś pieprzony mini-materac z konopi. Czaisz? – Klusek znika w jednej z odnóg. Po chwili znajduję go przed zbitymi z desek drzwiami, wzmocnionymi dodatkowo stalową sztabą. Wygląda to trochę jak wejście do skarbca.
– Piję więc tę colę dalej, a pały podchodzą i proszą o dokumenty. Wyjeżdżam więc z typowym: czy coś nie w porządku panie władzo? i jak gdyby nigdy nic wyrzucam butelkę do śmietnika. Żaden się oczywiście nie zorientował. Czaisz debili?
Jakaś nadgorliwa sąsiadka właśnie zgasiła światło w piwnicy. Klusek uchyla drzwi komórki, wręczając mi latarkę.
– Po wszystkim oczywiście wracam do tego śmietnika i zabieram butelkę. Przyświeć no tu.
– Klusek. – Staram się zwrócić jego uwagę, kiedy przewala stos gratów. Ocynkowane kotły, gąsiory w wiklinowych koszach, stare opony – wszystko to ląduje u moich stóp.
– Klusek! – próbuję ponownie, ten jednak jest jak w transie. Kopie coraz głębiej i głębiej, aż w końcu spod góry rupieci wydostaje najsampierw skorodowaną kierownicę, później sczerniałą ramę i wreszcie całą resztę. Po chwili, zasapany i spocony, podnosi się z kolan, dzierżąc w łapskach skamieniałość beemiksa. Nawet stąd czuję aurę bijącą od roweru. Od lat uśpiony, przygnieciony kilkoma warstwami ziemi, jest jak odbezpieczony granat czekający, by eksplodować ładunkiem ostatnich wspomnień właściciela.
– Co jest? – pyta wreszcie widząc moją minę.
– Kiedy go wykopałeś?
– Co?
– Kurwa jajco, Klusek. Beemiksa. Gadaj, kiedy go wykopałeś?
– Noo, nie wiem. Czekaj. Wróciłem w środę, dziś mamy niedzielę? Jakoś w piątek. Tak, w piątek wieczór.
Wzdycham zniecierpliwiony, kierując się do wyjścia. – Spierdalam na chatę. Trzymaj się.
– Czekaj no! – Klusek pokornieje. – Nie do końca w piątek. A może w piątek, ale niekoniecznie ten. No, czekaj, słyszysz. Coś się tak w ogóle spiął?
– Spiął Klusek? Spiął? Mieliśmy umowę, pamiętasz? Zakopujemy rower i nigdy nie wracamy do tego, co zaszło na gliniankach. Zapominamy. Ale nie, ty oczywiście musiałeś wiedzieć lepiej. Ile wytrzymałeś nim go odkopałeś, dzień, dwa? I w ogóle na chuj on ci był? Policja węszyła wszędzie, i tak byś sobie nie pojeździł!
– Pojeździłem...
– Co? Co ty tam znowu mamroczesz?
Naraz Klusek mięknie. Chłop jak dąb, szerszy ode mnie ze dwa razy a zaczyna się mazać jak baba.
– Pojeździłem. Żebyś wiedział, że pojeździłem. Ale, co ty tam możesz wiedzieć, chłopczyku z lepszego domu. Dla ciebie to był tylko jakiś tam rower. Wystarczyło, żebyś poprosił mamę, albo babkę i dostałbyś taki sam, i to nawet nie na gwiazdkę, tylko tak po prostu, bez okazji. A ja nie miałem tak dobrze. Starzy ciułali jak woły, a i tak wszystko szło na brachola. Wszystko, rozumiesz? Dostawałem jedynie ochłapy, które przeżuł, bądź nie zjadł. Zdezelowanego walkmana, kiedy kupili mu wieżę. Przechodnie radio, kiedy dostał telewizor. Pelikana za jego rower z przerzutkami. A ja zawsze marzyłem o beemiksie. Takim z amerykańską flagą i grubymi oponami.
Zakłopotany rozcieram nasadę nosa, nie wiedząc zbytnio co powiedzieć czy jak się zachować. Nigdy przedtem nie wylewaliśmy przed sobą żalów. A przynajmniej nie w taki sposób. – Słuchaj, Klusek. Nie o to chodzi...
– Nie o to? Nie o to? A o co? Wykopałem go, i co się takiego wielkiego stało? Jeździłem zawsze sam i tylko po zmroku. Zawsze uważałem, żeby nikt za mną nie szedł. A nawet jakby mnie nakryli, to bym powiedział, że go znalazłem. Tam gdzie znaleźliśmy Wojtasa. Co by mi takiego zrobili, hę?
– Ty dalej szukasz tego swojego zabójcy z glinianek, co Klusek? – pytam zrezygnowany. Kluskowi jakby ktoś w mordę strzelił. Obrzuca mnie nienawistnym spojrzeniem, po czym trącając mnie w przejściu, znika w ciemnym korytarzu. Stoję tak jeszcze chwilę w nadziei, że tym razem się opamięta. Gdy jednak w oddali trzaskają drzwi, wiem, że znów się prędko nie spotkamy – może za rok, półtora. Przy tym samym wycinku prasowym, w tej samej piwnicy i od kilkunastu lat z tym samym Kluskiem. Przyjdzie, powie, że ma podejrzanego, poprosi o przysługę. Biorę ostatniego macha i osuwam się na podłogę. Rower czyha po przeciwnej stronie, wręcz pulsując od zaklętej w nim historii. Aż nadto dobrze znajomej.
***
– Cegielnia? – wydusił bez przekonania Klusek. Wojtas skinął jak zahipnotyzowany, a następnie ruszył w stronę drewnianej kładki. Prażące słońce stało w zenicie.
Klusek poczłapał tuż za nim. – No daj się karnąć. – Jest pocieszny, kiedy tak prosi. Tym pocieszniejszy, że inne dzieciaki zazwyczaj nic sobie z tego nie robią. Wojtas nie jest wyjątkiem.
– Spylaj grubasie. Za ciężki jesteś. Opony mi poprzebijasz.
Przyglądam się temu z boku, uradowany, że jest na podwórku ktoś grubszy ode mnie. Tym samym przechodni puchar grubasa trafił do Kluska, a mi dano spokój. Wojtas wsiada na swoją nowiusieńką maszynę i pedałuje przez zwały piachu. Opony beemiksa wyśmienicie nadają się do tego celu. Pelikan Kluska nie ujeżdża nawet metra.
Wojtas jest bezlitosny. Jego śmiech niesie się echem po glinianej tafli wody. – No dalej grubasie. Złap mnie, a dam ci się karnąć. Dawaj dawaj, może schudniesz.
Klusek porzuca rower, podejmując żałosną próbę złapania uciekiniera na piechotę. Nie mogę powstrzymać śmiechu, widząc jak raz po raz jego cieniutkie nóżki załamują się pod potężnym korpusem, a gdy chwilę później ląduje twarzą w piachu, niemal nie spadam z roweru. Wojtas również rży w niebogłosy, mącąc spokój pobliskiego ptactwa.
Przez łzy radości dostrzegam, jak upokorzony Klusek podnosi się ociężale, a w chwilę potem bierze potężny zamach. Zanoszę się od śmiechu obserwując kamień wyrzucony w kierunku Wojtasa, lecz w miarę jak pocisk zbliża się celu, moja twarz tężeje. Ostrzeżenie zamiera mi w gardle w momencie, gdy cegielnia rozbrzmiewa obrzydliwym chrupnięciem. Wojtas pada jakby „ścięty” przez niewidzialną ciężarówkę. Gdy go dopadamy, leży na plecach wpatrzony w niebo, a z pęknięcia w czaszce wycieka szary kisiel. Wysuszony piach chłepce łapczywie obrzydliwą galaretę.
– Jezu, Klusek. Coś ty narobił? – Mój głos jest jakiś obcy i bardziej przypomina dziewczęcy pisk. – Wojtas, co z tobą? Odezwij się, słyszysz, Wojtas. Wojtas!
Odwracam wzrok na Kluska, a ten jak gdyby nigdy nic ładuje się na beemiksa i zaczyna kreślić ósemki. Moje piski jakby do niego nie docierały. Jeździ tylko wokół nas zataczając coraz większe pętle, a twarz rozpromienia mu dziwnie błogi uśmiech. Jeszcze jakiś czas staram się dobudzić Wojtasa, gdy jednak nic nie skutkuje, siadam przy nim, podciągam kolana pod brodę i bujając się w te i we w tę zaczynam ryczeć. Stoję na pomoście i niewidzącym wzrokiem wpatruje się w Kluska jak ciska kolejny głaz w wodę – sprawia mu to jakąś niewypowiedzianą radość, a we mnie wzbudza coraz większą złość. Muszę odejść, żeby się na niego nie rzucić. Ten jednak zatrzymuje mnie w pół drogi.
– Nie tonie. Czemu nie tonie? – Wygląda jak dziecko, któremu zepsuła się ulubiona zabawka. Spod powierzchni wody martwym wzrokiem spoziera Wojtas. Ubrany jest w duży, czarny worek, przytroczony do pomostu cienką linką.
– Potrzebujemy więcej kamieni. – Informuję oschle pnąc się w górę skarpy. Mam wrażenie, jakbym był sterowany; jak gdyby w chwili śmierci Wojtasa włączył mi się autopilot i robił za mnie te wszystkie rzeczy. Znalazł worek, przeniósł ciało, ukrył beemiksa. I to właśnie on ładuje mi do rąk kolejny kamień i prowadzi z powrotem w dół skarpy. Tafla mulistej wody jest zupełnie nieruchoma – w promieniach gasnącego słońca ma kolor kawy ze zbyt dużą ilością mleka. Wrzucam kamień.
Ten był ostatni. Worek zaczyna tonąć, a ja patrzę na wpół przytomnie, jak chłopięca twarz Wojtasa ginie w mętnej toni. Klusek dołącza chwilę później, uginając się pod ciężarem całkiem sporej bryły zaschniętego błota. Wygląda jakby zapomniał, po co ją tu przyniósł. Z oczami zapuchniętymi od płaczu, stoję wpatrzony w jakiś niewidoczny punkt na jeziorku. Staram się nie słyszeć jego radosnych uniesień, kiedy fragment po fragmencie zatapia swoje znalezisko.
– Linka! – Klusek wyrywa mnie z otępienia, wciskając włochaty łeb pod pomost.
– Jest linka pod spodem. Przywiązana i wchodzi pod wodę. Nie daleko, mógłbym sięgnąć.
Tamtego dnia, na gliniankach, po raz ostatni widziałem Wojtasa żywym.
A Kluska normalnym.
***
Bywa, że w upalne lata, szczególnie mocno nawiedzają mnie demony tamtych dni. Przychodzą nieproszone i szepcą pewną wakacyjną historię. Zawsze wtedy dziwne ssanie zaciska gardło. Coś, jakbym miał zapaść się w sobie, implodować.
Czekam więc w nadziei, że tak się stanie, gdy jednak otwieram oczy, nadal jestem w tej samej koszmarnej rzeczywistości. Jedyny ratunek, to zmącić czymś umysł i na powrót otępieć. Tak żeby do reszty nie zwariować.
czwartek, 28 czerwca 2007 - Wiórce